Zyta Gieleżyńska nagrodzona w konkursie SREBRO NIE ZŁOTO w kategorii „opowiadanie”

Pierwsza praca

Uczyłam się w technikum budowlanym w Białymstoku. Do szkoły dojeżdżałam PKS-em, z podbiałostockiego miasteczka. Bilety były miesięczne na wyznaczone godziny co było bardzo niewygodne. Przecież lekcje kończyły się różnie. Przejazd był możliwy tylko raz, tam i z powrotem. No i w końcu skończyła się mordęga dojazdów jak śledzie w beczcie a nieraz w ciężarówce rytej plandeką gdzie nad głowami mężczyźni palili papierosy. Wchodziło się tam po drabinie zrobionej z rur wodociągowych.

Uzyskałam dorosłość, którą nabyłam w raz z maturą i trzeba było iść do pracy. Praca była obowiązkowa. Byłam pozytywnie nabuzowana na każde stanowisko. Miałam nawet „etat” uzgodniony z przedsiębiorstwem budowlanym gdzie byłam na praktyce. Niestety, powstało nieporozumienie zwane niedomówieniem.

Do tej pory były „nakazy pracy” po szkole, ale akurat zostały zlikwidowane. Dyrektor zorganizował przedstawicieli zakładów pracy z regionu którzy potrzebowali pracowników.

Przedstawiciele, jeden po drugim życzyli sobie tylko chłopców. Niestety, a tu, jak wszędzie większość dziewcząt. Z takim zapotrzebowaniem wystąpił też przedstawiciel z uzgodnionego wcześniej Kombinatu budowlanego. Na moje zdziwienie nie reagował. Byłam zdezorientowana. Trudno!

Mój dyrektor z coraz większym zdenerwowaniem przysłuchiwał się wywodom gości. W końcu wypalił że nie odpowiada mu taka segregacja absolwentów i powiedział, że on da jedną dziewczynę, która zastąpi trzech chłopców!… I tu padło moje nazwisko!? No i pięknie i strasznie! Praca w terenie, rok 1959. Dojazd komunikacją łączoną /PKS, PKP/. Brak bezpośredniego połączenia z Białymstokiem. Pół dnia trzeba jechać. Mieszkanie? Czy ja zarobię na własne utrzymanie? Ale cóż, mam się wycofać?! Zawieść dyrektora? Po takiej rekomendacji. Trudno, jadę! Co będzie to będzie.

(Po zebraniu wyjaśniło się, że jak ja miałam zaklepane wcześniej miejsce do pracy, to powinnam się tego trzymać. Tylko nikt mi wcześniej o tej strategii nie poinformował).

Ten co mnie dostał, był przedstawicielem Powiatowej Rady Narodowej, na zachodnich rubieżach województwa. Tam gdzie diabeł mówi dobranoc. Powiatowa Rada pomogła mi znaleźć lokum. Był to malutki pokoik z oknem na ulicę, na parterze. Miałam metalowe, rozhuśtane łóżko, biurko, miskę do mycia się na starym taborecie i jednopalnikową płytkę elektryczną. Szafy nie miałam, bo i nie było na co. Miałam jedną niewielką walizkę.

Pan architekt – powiatowy, warszawiak, słomiany wdowiec! Żonę i dzieci zostawił w Warszawie, a tu w powiecie uchodził za kawalera na „głodzie”. Stwarzał mi niedwuznaczne sytuacje. Ale ja ciemna ze wsi dziewczyna nie domniemałam o co mu chodzi (?). Pan jeździł w teren, robił pomiary siedlisk chłopskich, brał pieniądze, a mi w nocy przywoził szkice do wykreślenia i groszowe ochłapy /Był tam też kolega ze szkoły – jemu nie nosił/. Ale, jakoś mi się udawało pozbywać jego towarzystwa i jak się potem i okazało tajemnicą poliszynela było, ze mnie nachodził, wszyscy o tym wiedzieli.

 Z kolegą nie miałam układów towarzyskich, on był z innej klasy i biegał za miejscowymi pannami.

Aż, tu któregoś razu pan architekt zabrał mnie ze sobą w teren. Niedaleko. Pojechaliśmy motorem marki WFM. Pomierzyliśmy razem. Gospodarz nas ugościł. Oczywiście nie zabrakło wódki, której ja nie umiałam i nie chciałam się uczyć pić. Niestety, komenda: pij! Nie było o czym dyskutować. Mnie, ze względu na brak treningu w tym kierunku, nawet mały kieliszek zniewala głowę. Tak też i było. Architekt jakoś się trzymał.

Wyjeżdżamy. Wyjazd z posesji, mimo mego zachwiania odbieram, że skręciliśmy nie w tym kierunku, o czym nie omieszkałam poinformować „kierowcę”… SSSSiedź!!! Siedzę. Jedziemy szosą, po bokach pole. Pole się skończyło. Zaczął się las. Jedziemy dalej, ale już nie szosą, a drogą, potem dróżką… ścieżką i koniec! Krzaki… ZZZZłaź! Zlazłam. Stoję sierota w niebiesko – chabrowej sukience, wąskiej… przerobionej z amerykańskiego ciucha. Sama przerabiałam. Sukienka miała pionowy rząd guzików emitujących rozpięcie. Nie było prosto, rozpięcia nie było! No to się zaczął kocioł. W końcu otrzymałam „propozycję”: Albo…, albo piechotką! Zrobiłam szybko kalkulację na drogę powrotną uwzględniając piechotę. Wyszło na to że dojdę! Nie w ciemię bita. Trafię. Pan pojechał. Było już późno po południu. Podniosłam się i zaczęłam wybierać mchy z włosów i odklejać czarne jagody z sukienki. Byłam jak biedronka tylko nie w tym kolorze. Mimo, że sukienka była niebieska, to jagody były jako czarne plamy nawet pod pachami. Przeliczyłam, że jak dobrze pójdzie, to dopóki dojdę do szosy i potem do miasta to będzie ciemno i się przemycę. Jak tak się trochę oczyściłam i znalazłam ścieżkę, patrzę, pyr, pyr WFM-ka jedzie… Siadaj!!!

Cóż było robić. Wsiadłam. Wysadził mnie pod domem bez słowa, jeszcze nie było ciemno. Pan Architekt z Warszawy a kultury za grosz. On nawet nie zapytał mnie czy ja „Lermontowa znaju”, było tylko z miejsca „łażyś”. Żadnej kultury, żadnego podejścia seksownego /za wielkiego doświadczenia w zalotach nie miałam, poprzedni „narzeczony” na randkach do kościoła mnie prowadzał/. Ale jak by tym jego zalotom towarzyszył jakikolwiek miły gest, to nie wiem czy by mnie nie uwiódł. Jemu szkoda było fatygi na umizgi. Przez parę dni nie odzywał się do mnie i mało do kogo. Był obrażony na cały świat.

Na tej obcej ziemi byłam sama. Brak towarzystwa i jedzenia. W mieście był jeden sklep mięsny, czynny we wtorki i piątki, wtedy gdy były jarmarki. W sklepie pot i łzy. Smród. Zapamiętałam jedna kiełbasę w papierowej kiszce a w środku mazia, którą trzeba było jeść łyżką. Sama tego nie kupiłam, nie było takiej możliwości. Dostałam zawsze chociaż kawałek od tubylców, żeby chociaż polizać ten papier. Ja mięsożerna, ni jak nie widziałam tam sobie bytu. Na śniadanie codziennie „Petity-Burery”, najadłam się ich na całe życie. Do dziś omijam z daleka. Chodziłam dosłownie głodna. Obiad, na maszynce smażone kartofle al’a frytki. Na kolację makaron z sokiem wiśniowym. Makaron, który w domu nie przechodził mi przez gardło nawet z gulaszem. I tak codziennie, aż przez znajomości w Białymstoku załatwiono mi obiady w kasynie – konsumach, gdzie stołowali się pracownicy Sądu, Milicji i Prokuratury. Te obiady, też nie wyszły mi na dobre. Odbiły mi się czkawką. Tam nażyłam się przyszłego męża, który w życiu okazał się nie do strawienia.

Jeździłam w teren na rowerze, po piachach. Raz udało mi się pojechać daleko na Kurpie, ale nie udało się wrócić. Musiałam nocować i czekać na dyliżans pocztowy aby mnie z tamrąd wywióż wraz z rowerem. Gospodarze ugościli mnie rosołem z własnej kury. Jeden był w tym problem: nie był osmalony /miał takie długie rzadkie włosy/ i w rosole nie było żadnej włoszczyzny, czysta żółta woda. Mimo mojej ochoty na każde mięso trudno było to zjeść; wionęło kurnikiem.

Tak życie płynęło. Było jeszcze lato. Przyjechała do mnie koleżanka ze szkolnej ławki. Pojawiła się w mieście nowa „skóra”. Architekt już wyluzował. Zorganizował party. W założeniach miał to być wieczór w szerszym towarzystwie a wyszło na dwie pary. Ja i koleżanka, architekt i weterynarz miejscowy lowelas… /na pewno nas okłamywali, bo byśmy nie zgodziły się na takie party/. Panowie uraczyli nas alkoholem. Pierwsza dawka nas nie zniewoliła bo nie piłyśmy. Uzupełnili. We własnym podnieceniu nawet nie zauważyli, że my nie pijemy. Trzeciego rzutu alkoholu, już nie opłaciło się im stawiać. Pewnie za drogo by to im wyniosło, sami nawet byli nieźle nawaleni. Wzięli się na żywioł. Weterynarz koleżankę, a architekt nie zmienił zapędów. Znowu wystartował do mnie. Usiłował mnie przewrócić. W odruchu samoobrony chwyciłam go za klapy pod szyją i z rozmachem pchnęłam go do tyłu. Tak go miąchnełam, że mu nogi nie nadążały za tułowiem. W końcu padł na tyłek pod ścianą. Zerwał się na równe nogi z rozbawioną miną. Lecz w sekundzie dotarło do niego co się stało. Taka gówniara, warszawiaka załatwiła… No! i odezwał sie w nim byk! Jak mi przywalił z liścia w czapę, tak że ja zrobiłam wiatraka w powietrzu i spadłam na głowę i lewe ramię. Spadającymi nogami walnęłam w blat stołu i którego butelki i inne szkła wyleciały w powietrze. Na tym „koniec balu panno lalu”. Panienki nienaruszone a jedynie poturbowane wróciły do domu. Architekt przez tydzień nie pokazał się w pracy. Było miło i spokojnie. Mnie natomiast coraz bardziej zaczęło dokuczać zbite lewe ramię. Był problem z ubraniem się, toaletą a nawet przewrócenie się na łóżku.

Poszłam do lekarza, następnie do szpitala. Leżałam kilka tygodni, w tym powiatowym szpitaliku, na skraju małej mieściny Byłam najmłodszą pacjentką i jedyną której nikt nie odwiedzał. Nie miałam nikogo znajomego w tych stronach. Do innych przyjeżdżali przeważnie z sąsiednich wsi i dowozili wałówki, dokarmiali! Mnie nie było komu. Jedzenie było bardzo słabe, a talerze – blaszane i niejednokrotnie dziurawe. Pamiętam jak obawiałam się, żeby mi kotlet mielony nie wypadł przez dziurę. Pewnego piątku zapach śledzia i cebulki roznosił się z piwnicznej kuchni od samego rana. Na śniadanie nie dali!? Na obiad też nie! No to myślę sobie, że na pewno dadzą na kolację! Przyszła kolacja… i też nie! Byłam zawiedziona niesamowicie. Cały dzień żyłam tym zapachem, a tu nic! Wyżywienie to było tylko na przetrzymanie do dostawy posiłków od rodziny. Ja głodowałam bo nie jadłam nic mlecznego i nikt mi nie donosił. Codziennie po obchodzie dostawałam zastrzyki dożylne. A w ten piątek zapomnieli o mnie. Po kolacji zgłosiłam się do dyżurki pielęgniarek z zapytaniem co jest z moim zastrzykiem? Okazało się że zapomnieli. W związku z czym postanowiono zaniedbanie naprawić. Igłę pielęgniarka wbijała bez podparcia mej ręki i nie trafiła w żyłę. Ból jaki rzucił mi się na mięśnie poniżej i powyżej łokcia spowodował, że ogryzałam z rękę . Pielęgniarki wpadły w panikę. Nie wiedziały co ze mną zrobić. Pytająco mnie potrząsały, a wtedy wykorzystałam sytuację i krzyknęłam: ”ja chcę śledzia”! Obie panie rzuciły się na schody do piwnicy, mnie zostawiły samą z problemem, ale śledzia dostałam szybciej niż myślałam. W ułamku minuty był płat śledzia na talerzu obłożony plastrami cebuli. On na mnie czekał! /i talerz nie był blaszany!/ To dopiero była uczta!

Po szpitalu, na zwolnienie pojechałam do domu, a przed wyjazdem złożyłam wypowiedzenie z pracy. Gdy przyjechałam po zwolnieniu, po swoje rzeczy, nikt mnie o nic nie pytał. Na rozwiązanie umowy o pracę wyrażono zgodę, bez wyjaśniania, dlaczego odchodzę. Tak zakończyła się moja kariera zawodowa na wygnaniu. Kolega został. Nie miałam później z nim z nim kontaktu. Architekt jeszcze parę lat pracował. Dziś takie zachowanie szefa to jest mobbing i molestowanie a wtedy to była „ podległość” względem szefa.

Teraz z perspektywy czasu to nie wiem czy to warto było tak się „stawiać”. Teraz na starość wychodzą skutki „przesilenia fizycznego”; skolioza kręgosłupa, powypadane dyski… chociaż to też było jakieś doświadczenie… Ale cóż, wtedy telewizorów nie było, to z skąd ja mogłam wiedzieć, że każda panna jest do powszechnego użytku!

Do domu wróciłam w grudniu. W budownictwie sezon „ogórkowy”. Znajomy kierownik budowy szukał mi pracy. Znowu jest praca dopóki nie wyjdzie na jaw, że dziewczyna. W tym czasie lekarstwem na każde zło społeczne była „FALA 56”, taka dzisiejsza Elżbieta Jaworowicz.

O swoim problemie tam doniosłam: że ja tu taka wyuczona nie mogę znaleźć pracy i… wtedy to już praca mnie szukała.

 


Zyta Gieleżyńska

Jestem z zawodu inżynierem budowlanym (chociaż w porywach losu byłam też taksówkarzem). Mam 75 lat i chęci na dalsze aktywne życie. Maja „aktywność” uaktywniła się na ostatniej mojej uczelni t.j. Uniwersytecie III Wieku. Po odchowaniu wnuków byłam wolna i nie wyżyta. Na UTW wpadłam w wir tańców. Do dziś tańczę w zespole tańców flamenco. W wieku 70 lat przypomniałam sobie, że mogę jeszcze malować. I tak namalowałam ponad 320 obrazów. Miałam kilkanaście wystaw (w tej chwili jest w Domu kultury Zachęta). Moja przygoda z pisaniem, wbrew mojej naturze, zaczęła się z gazetką UTW. Potem przyszły konkursy z pozytywnymi efektami (a ja myślałam, że znam się tylko na kratownicach). Uwielbiam postęp techniki, który nawet w „polskim” pomaga. Objechałam bez mała całą półkulę północną. Najbardziej zadowolona jestem z Japonii, gdzie pojechałam zobaczyć jak będzie, gdy mnie nie będzie. Jestem 55 lat czynnym kierowcą, ale ostatnie lata bardzo podoba mi się rower. Przez okres letni przejeżdżam około 2 tys. kilometrów i chcę tak dalej. Zimą chodzę na rajdy piesze z kijami.

Im więcej lat na grzbiecie, tym większy apetyt na ŻYCIE!

2 odpowiedzi na "Zyta Gieleżyńska nagrodzona w konkursie SREBRO NIE ZŁOTO w kategorii „opowiadanie”"

Dodaj komentarz
  1. Katarzyna

    26 lutego 2016 at 11:17

    Jaki cudowny tekst! Dawno się tak nie uśmiałam :-) Autorka ma niesamowity, charakterystyczny, prawdziwy język i dużo do powiedzenia. No i to ironiczne podejście do życia i siebie. Pani Zyto, poproszę o ciąg dalszy. Pozdrawiam, Katarzyna

    Odpowiedz
    • Zyta G.

      2 marca 2016 at 19:23

      Pani Kasiu !
      Postaram się ! Obiecuję !
      Dzięki za dobre słowa.
      Zyta G.

      Odpowiedz

Odpowiedz na „KatarzynaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *