Wspomnienia o dziadkach i babciach

Od roku próbuję stworzyć rysunek drzewa genealogicznego, zbieram zdjęcia moich przodków i słucham opowieści rodzinnych. Z okazji zbliżającego się święta Dziadka i Babci, chciałabym podzielić się z Wami Drodzy Czytelnicy swoimi wspomnieniami o nich. Od nitki do kłębka i udało mi się przypomnieć historię moich dziadków i babć.

Ojciec mojego taty, a mój dziadek Wincenty był człowiekiem uczciwym, pobożnym kochał swoją rodzinę. W wielkim tygodniu przed Wielkanocą jadł tylko chleb i popijał wodą a w Wielki piątek i sobotę pił tylko wodę i odwiedzał na czczo i pieszo wszystkie groby w kościołach w Białymstoku. Owdowiał w młodym wieku, powtórnie się nie ożenił. Żył sto lat w dobrym zdrowiu. Za życia opowiadał wnukom mnóstwo bajek i opowieści, a miał o czym opowiadać a nawet zmyślać ponieważ podróżował po Stanach Zjednoczonych i Francji gdyż miał tam rodzeństwo, które wyemigrowało przed drugą wojną światową. Był ciekawym świata, podróżnikiem!

Bajki i opowieści sypał jak z rękawa wnukom na dobranoc. Wtedy nie było jeszcze telewizorów, a jak już były, to nie każdego było na to stać. Opowieści dziadków były na wagę złota. Dobrze, że miałam takiego dziadka. Jego żona, a moja babcia Zuzanna pobita przez Niemców w czasie wojny, zmarła w wieku czterdziestu lat, zostawiając czterech synów i dwie córki. Babcię Zuzannę, znałam tylko z opowieści i fotografii, znajomi wypowiadali się o niej bardzo pozytywnie, była miłą i ciepłą kobietą, dobrą matką i żoną. Wielka szkoda, że nie zdążyłam jej poznać.

Rodzice mojej mamy to Marianna i Piotr. Babcia Marianna miała dwoje dzieci moją mamę Helenę i syna Stanisława. Spaliły się im dwa domy, raz w czasie wojny, drugi od pioruna, ale szybko udawało im się stanąć na nogi. Byli zaradni i bardzo pracowici. Babcia mimo złych zdarzeń losu, nigdy się nie załamała, była zawsze uśmiechniętą, pogodną kobietą, pisała wiersze, miała ich mnóstwo, rymowała, barwnie opowiadała.

Dziadkowie mieszkali pięćdziesiąt kilometrów od Białegostoku, byli bardzo ze sobą szczęśliwi, nie znałam drugiego takiego małżeństwa. Bardzo lubiłam z nimi przebywać. Kiedy zaczynały się wakacje zawsze szybko się pakowałam w swoją tekturową, brązową walizkę i ruszałam w drogę. Babcia robiła duże pampuchy, takie duże placki na sodzie, podawała do tego płynny miód prosto z pasieki dziadka, albo pyszny dżem z ekologicznych owoców do tego świeżutki biały twarożek i świeżutkie mleczko. To były smaki mojego dzieciństwa. Wieczorem babcia mimo zmęczenia opowiadała nam bajki, zagadki i różne wierszyki lub przemyślenia, sypała jak z rękawa. Szkoda, że tego nie spisywałam, wielka szkoda. Dzisiaj wydałabym jej piękny tomik. Byłaby pamiątka!

Dziadek Piotr był bardzo przystojnym i dystyngowanym panem, dużo czytał, był wójtem i sołtysem. Zastanawiałam się, gdzie nauczył się takich manier. W młodości razem z Józefem Piłsudskim walczył w okopach w czasie I wojny światowej, przeciwko Niemcom. Opowiadał nam o tym z dumą ale wówczas dla nas to nie było takie ważne. Po latach bardzo go doceniłam. Była wówczas zupełnie inna mentalność – ludzi wystraszonych! Pamiętam w każdą niedzielę, zaprzęgał konia do bryczki a babcia na siedzenia wykładała najładniejsze, kolorowe tkane przez siebie, wełniane dywany. Zabierał nas do kościoła w Jasionówce. Po mszy stawiał nam duże i bardzo pyszne lody z dwoma waflami a ze straganu kupował duże lizaki i maczki. Wszystko było pyszne. Na to czekaliśmy cały tydzień!

W powszednie dni musieliśmy na to sobie zarobić! Pomagaliśmy dziadkom przy drobnych pracach na miarę naszych możliwości i umiejętności. Wprawdzie nie mieliśmy tam dużo zabawek, lalek ani telewizora ale mieliśmy za to dużą wyobraźnię. Bawiliśmy się w teatr, graliśmy w: chowanego, kreca, kółko graniaste, strzałki, podchody, w palanta itd..

Pamiętam jak raz paśliśmy krowy, oczywiście w tym czasie gry i zabawy również nam towarzyszyły. Bawiąc się nie zauważyliśmy jak krowy i cielaki weszły w druty do sąsiedzkiego pastwiska, kalecząc sobie wymiona. Mieliśmy stracha co niemiara! Dziadkowie jednak nam wybaczyli.

Szerszej historii o dziadku Piotrze dowiedziałam się na mamy pogrzebie, kiedy przyjechała ciotka Maria i opowiedziała że mój pradziadek, a Piotra ojciec, Wiktor był kilkumiesięcznym szlachcicem, kiedy to przyszli i aresztowali całą pradziadka rodzinę rosyjscy oficerowie. Wywieźli, na Syberię i nikt z niej nie wrócił! Maleńkiego Wiktora w fartuchu wyniosła z dworu jego niania. Ona go wychowała ale o tym długo nikt nic nam nie mówił a zwłaszcza moja mama. Byłam bardzo zdumiona tą późną prawdą i zastanawiam się do tej pory dlaczego?

Spieszmy się kochać dziadków bo tak szybko odchodzą!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *