Trzy pocztówki z Wieńca Zdroju

O Wieńcu prawie zapomniałam. Aż tu pewnego dnia listonosz wrzucił mi zaproszenie. Otwierając kopertę pomyślałam – była by heca, gdyby po 4 latach skierowali mnie znów do Wieńca Zdroju… Mój trzeci pobyt w tym samym sanatorium przypadł tym razem na lipiec 2016 roku.

Pierwszy raz

W maju 2008 roku, by ratować serce trafiłam do Wieńca Zdroju.

Uzdrowisko powstało na przełomie XIX i XX wieku. Za twórcę jego uważa się inżyniera Stanisława Smolkę, który w obrębie dóbr należących do barona Leopolda Kronenberga odnalazł źródła siarczanowo-wapienne. Odkryto również bogate złoża borowiny. Początek działalności uzdrowiska liczy się na 18 kwietnia 1923 rok.

Osiem lat temu kwitły tam rozłożyste akacje. Ich woń pamiętam do dziś… zniewalająca. Zapachy roztaczały świeże liście brzóz i pobliskie lasy sosnowe tworząc dobroczynny mikroklimat. Ich energię chłonęłam całą sobą. Niewątpliwie stało się to pozytywnym efektem udanej kuracji.

Spędziłam wówczas trzy tygodnie w niewielkim ośrodku o dość tajemniczej nazwie Zacisze-Hel, stanowiącym kompleks dwóch budynków, zespolonych łącznikiem na filarach.

Zauważyłam, że w małym gronie szybko nawiązuje się kontakty. Opalaliśmy się na leżakach tuż obok ośrodka Zacisze. W grupkach chodziliśmy na posiłki, spacery, przejażdżki rowerowe i wieczorki taneczne, organizowane w pobliskim ośrodku zusowskim – Hutnik. W gościnnej pijalni korzystałam z wienieckiej wody, mającej właściwości lecznicze.

Najważniejsze były zabiegi lecznicze. Chodziło się do pobliskiego Zakładu Przyrodoleczniczego przylegającego do ośrodka Tęcza.

Kuracjusze chwalili je sobie

Baza zabiegowa – wyśmienita… mówili, a ktoś dodał – nie ma tu gdzie wyjść!

Ku mojej uciesze odwiedziła mnie dwa razy, mieszkająca wówczas w oddalonym 40 km Toruniu, córka. Zabrała samochodem do Włocławka, popróbować tamtejszego menu. Innym razem pojechałyśmy na obiad do Ciechocinka i pod tężnie.

Odbyłam dwie wycieczki. Obie o charakterze raczej religijnym. Do Włocławka na tamę – miejsce upamiętnione męczeńską śmiercią księdza Jerzego Popiełuszki i do oddalonego 80 kilometrów Lichenia. Byliśmy w fabryce porcelany i Katedrze Włocławskiej oraz na wiślanych bulwarach. Właśnie tam w maleńkim kościółku odebrałam wiadomość o śmierci bliskiej mi osoby. Jak kruche jest życie… Jak czerpać je pełnymi garściami?

Drugi raz

Do Wieńca Zdroju skierowano mnie znów po 4 latach. Był upalny sierpień 2012 roku. Zamieszkałam w tym samym ośrodku, odświeżonym po remoncie. Ucieszyłam się z basenu, którego wcześniej nie było. Wykupiłam kartę wejściową, gdyż chciałam wyszczuplić sylwetkę i poprawić kondycję fizyczną. W trosce o dobre samopoczucie, niezależnie od wieku, chodziliśmy też na wieczorki taneczne. Odbywały się na świeżym powietrzu, pod parasolami. Hutnik był nieczynny z powodu remontu.

Wczesnym rankiem chodziłam na spacer piaszczystymi alejkami po zakrzewionym parku. Zauważyłam wtedy rozległy plac budowy, a dalej nowy kościół, którego wcześniej nie było. Szła fama, że najbogatszy biznesmen z Włocławka rozpoczął budowę nowoczesnego ośrodka sanatoryjnego, w którym dwa piętra mają być komercyjne, a pozostałe dla kuracjuszy z NFZ i ZUS.

Któregoś dnia poszliśmy do rosnącego na skraju lasu starego dębu. Dziwiły nas jego rozmiary. Czworo ludzi chwyciło się za ręce, aby go objąć. Ponad stuletni Dąb Siostry Amelii w dolinie Zgłowiączki był okazem zdrowia! Z przypiętej kartki przeczytałam jego historię. W zaprzyjaźnionych grupkach jeździliśmy rowerami nad jezioro, bądź cztery kilometry do Włocławka. Czas płynął powoli i monotonnie.

Pewnego popołudnia miałam wizytę swoich dzieci. Cudowna niespodzianka!, przyjechała córka i syn z żoną i jedyną wówczas – moją ośmiomiesięczną wnuczką. Cóż to była za radość, robiliśmy pamiątkowe zdjęcia…

Podczas tego turnusu sanatorium zorganizowało dwie wycieczki. Nie mogło mnie tam zabraknąć. Zwiedziłam Ciechocinek, Nieszawę i Toruń. Za drugim razem Szlak Piastowski – Kruszwicę, Gniezno, Inowrocław. Przez wszystkie lata podróżowaliśmy z tym samym przewodnikiem. Jak zwykle z godną podziwu pasją dzielił się z nami posiadaną wiedzą.

Pozostało sporo wrażeń i pamiątek. Wypoczęta i zrelaksowana wróciłam z córką, która w drodze na urlop, zabrała mnie do Białegostoku.

Najczęściej grana piosenka na wieczorkach tanecznych – posłuchajcie.

Trzeci raz

Jakież było moje zdziwienie i… radość. Na druku widniał napis – Wieniec Zdrój! Pozostało mi sprawdzić w komputerze, czy Jutrzenka, do której mnie skierowano to nowy obiekt, który widziałam w budowie? Okazało się, że od roku funkcjonuje. Obecnym właścicielem uzdrowiska jest Krzysztof Grządziel.

Pakując się miałam pewne rozterki, bo niechętnie rozstaję się z domem. Pocieszająca jednak była myśl, że będę w komfortowych warunkach. I być może u sąsiada skończą wreszcie remont elewacji, który uprzykrzał mi codzienność.

Czwartego lipca 2016 roku czekała mnie podróż z przesiadką na Centralnym w Warszawie. Nim zatrzymał się pociąg, nawiązałam rozmowę z osobą, która zmierzała właśnie tam, gdzie ja. Wsiadałyśmy obie do tego samego wagonu. Po niespełna trzech godzinach znalazłyśmy się we Włocławku. Wzięłyśmy taxi i po kwadransie stałyśmy obok siebie przed recepcją.

Olbrzymi, przeznaczony dla 1200 kuracjuszy pawilon wprost oszałamiał. Standard jego ponoć sięgał czterech i pół gwiazdki. Przydzielono nam pokój na drugim piętrze, przeznaczonym dla kuracjuszy komercyjnych.

Wyciszone dywanami korytarze tworzyły istny labirynt. Pięćset dość dużych ze smakiem i pełną elegancją wyposażonych, dwuosobowych pokoi robiło wrażenie. Na ścianach i posadzkach marmury.

Wszystkie pomieszczenia w budynku, łącznie z pokojami kuracjuszy mają klimatyzację. Do pokojów przez głośnik docierają ogłoszenia dotyczące imprez kulturalno rozrywkowych. Dla gości z Izraela – po rosyjsku, dla nas całe szczęście – po polsku.

Na pierwszym zebraniu główny lekarz uzdrowiskowy wita nas słowami:

Jesteście państwo wybrańcami losu, ponieważ zostaliście zaproszeni do najnowocześniejszego i najbardziej ekskluzywnego ośrodka sanatoryjnego w Polsce.

Wokół pawilonu posadzono dwadzieścia tysięcy roślin ozdobnych – głównie róż, były też rododendrony, azalie, juki. Przy nowo utworzonych, utwardzanych granitem, alejkach ustawiono stylowe latarnie i ławki.

Na zabiegi zjeżdżamy windą na poziom -1. Do tych, które są w budynku przyrodoleczniczym prowadzi podziemny tunel. Czuję się w nim dosłownie jak „Alicja w krainie czarów”. Marmurowe lśniące lamperie i posadzki odbijają blask zapalających się kolejno lamp kinkietów… W pewnych odległościach w tunelu, dla komfortu kuracjuszy, są rozmieszczone kanapy.

Kuracjusze jadący do Wieńca Zdroju nie muszą przejmować się, że przeziębią w drodze na zabiegi. Gdy się ochłodzi, tunel będzie ogrzewany, gdyż zauważam tu i ówdzie rozmieszczone grzejniki. Tunele prowadzą do wszystkich obiektów sanatoryjnych: Hutnika i Zacisza. Osiągnęły one po gruntownym remoncie wysoki standard. Znając życie, kuracjusze i tak będą sarkać i narzekać!

W miejscu gdzie tunel rozchodzi się w różnych kierunkach, usytuowana jest stylowa fontanna. Lubię jednostajny, uspokajający szum wody. Wiele osób przychodzi tu, zrobić pamiątkowe zdjęcia.

Przyjemną rekreacją jest pobyt w Spa. Korzystam z jacuzzi i basenów. Lubię ten z nurtem rzecznym. Inne przyciągają ławeczkami masującymi, płaszczem wodnym jako dodatkową atrakcją… Moje reporterskie oko nie omija strefy komercyjnej. Tam w ogromnym jacuzzi tryska pośrodku prawdziwy gejzer. Masażowi wodnemu dodają uroku, pływające w olbrzymich akwariach kolorowe rybki.

Zaglądam do różnych saun. Spędzam w niektórych trochę czasu. Dla poprawy ciśnienia chodzę ścieżką dr Kneippa. Jest to rodzaj hydroterapii według metody bawarskiego księdza. Ciekawi mnie kabina chłodząca Krio – zaglądam… niestety wstrzymuję się z wejściem.

Odpowiednim miejscem dla mnie jest kabina inhalacyjna. Można w niej zrelaksować się, słuchając muzyki. Po wodnych szaleństwach odpoczywam na wyprofilowanym leżaku, i wdycham solankowe powietrze w pokoju z tężniami.

Do luksusu szybko się przyzwyczajamy i przestaje on być interesujący. Nie dziwi mnie wcale, że ludzie potrzebują rozrywki. Są oczywiście dwie całodzienne wycieczki. Jedna prowadzi przez Brześć Kujawski, Płowce, Kruszwicę, Strzelno, Gniezno, Inowrocław. Druga, doliną Wisły – Nieszawa, Ciechocinek, Toruń. W niedzielę wyjeżdżam po raz drugi na wycieczkę szlakiem piastowskim. Dobrze, że jest miejsce, gdyż decyzję podejmuję w ostatniej chwili. Warto zobaczyć znów te ciekawe, historyczne miejsca – pomyślałam.

Prawdę mówiąc pobyt w Wieńcu jest dość urozmaicony. Są wieczorne potańcówki, połączone z występami kujawskich zespołów folklorystycznych. Jest ciekawy występ wokalisty – Jacka Szyłkowskiego. Niestety, ze smutkiem przyjmuję odwołanie koncertu maestro – Aleksandra Teligi.

Pośród różnych atrakcji jest możliwość pójścia do kręgielni, na basen. Można opalać się na tarasie, relaksować w grocie solnej. Można pójść do kawiarni, baru, do fryzjera, sklepu jubilerskiego, do uroczego parku na ławeczkę – gratis, do lasu na spacer z kijkami, lub bez. Można słuchać muzyki na żywo, płynącej z fortepianu w marmurowym holu głównym, siedząc na wygodnych fotelach. Można wypożyczyć książkę, oglądać TV, wypożyczyć rower, pójść do kościoła lub popijać kawę na tarasie, w czasie wolnym od zabiegów.

Można, ale cóż… Chyba wypada ponarzekać. I tak się dzieje! Niektórym osobom wciąż coś dolega, czegoś brakuje, jest za dużo… lub za mało… Niestety są tacy co szukają dziury w całym, bądź narzekają na zbyt gorącą wodę w kranie. A to za dużo ogłoszeń po rosyjsku, za mało po polsku, za drogie bilety wstępu na wieczorki taneczne. Jedni żalą się, że nie dla wszystkich wystarczyło miejsc na wycieczkach, inni, że za dużo chwastów w kwiatach, a za mało tryskającej wody w fontannie ogrodowej. Taki kogel -mogel, polska „Wieża Babel”. Dla mnie było to zabawne.

Nie nawiązałam zbyt wielu kontaktów. Niektórzy twierdzili, że w molochu to wprost niemożliwe. Nie jest łatwo, ale „dla chcącego nic trudnego”. Polubiłam kilka osób, co do życia podchodzą z humorem i z nimi spędzałam wolny czas.

Według mnie Wieniec Zdrój jest miejscem uroczym. Otoczenie i obiekty sanatoryjne gwarantują przyjemne spędzanie czasu. Obsługa spisuje się na piątkę. Na drobne niedociągnięcia organizacyjne można by przymknąć oko.

Ale czasy są takie, że kuracjusze stali się wybredni i roszczeniowi. Zwłaszcza Ci komercyjni trzymają się zasady „płacę i wymagam”. Czy warto przyjeżdżając po zdrowie podnosić sobie ciśnienie? Powinniśmy mieć umiar, ale różnie z tym bywa. Prawda? Dlatego podsumowując, apeluję o rozsądek i dostrzeganie jasnych stron życia.

5 odpowiedzi na "Trzy pocztówki z Wieńca Zdroju"

Dodaj komentarz
  1. Maria

    20 września 2016 at 12:30

    Dzięki Marianno,że w końcu opisałaś swój trzykrotny pobyt w sanatorium w tej samej miejscowości , dzięki czemu powróciłaś do nas w dobrym zdrowiu po półrocznej przerwie !

    Odpowiedz
  2. Jola

    20 września 2016 at 22:21

    Nie poznaję Wieńca, tak bardzo się zmienił w przeciagu kilku lat. Tylko stare drzewa w lesie pozostały i wiele wspomnień.

    Odpowiedz
  3. Janina

    25 września 2016 at 18:16

    Pięknie pani to opisała. Dużo ludzi nie umie się cieszyć z niczego, jakież to smutne i męczące dla słuchających.

    Odpowiedz
  4. Irena

    25 września 2016 at 22:33

    Z wielka przyjemnoscia i zachwytem przeczytalam Pani opis Wienca i pobyty w sanatorium.Tym bardziej ze ja tam bylam w 2009r.i jak widac wiele sie zmienilo.To byl moj pierwszy wyjazd po zabiegu na serce.Poznalam tam wspanialych ludzi i utrzymuje z niektorymi kontakt do dzis.Tez chodzilismy do Hutnika albo Amorka ktory znajdowal sie tuz pod naszymi oknami Zacisza Hel.Pozdrawiam cieplo.

    Odpowiedz
  5. Marianna

    22 grudnia 2016 at 22:16

    Dziękuję pięknie za wszystkie komentarze.Życzę Paniom zdrowia, umiejętności doceniania różnych chwil w życiu i pielęgnowania dobrych wspomnień.Warto do nich wracać,a przed siebie patrzeć sercem i z optymizmem.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *