Śluby panieńskie w teatrze lalek

Komedię Aleksandra Fredry Śluby Panieńskie w nietypowej wersji scenicznej zaproponował na otwarcie nowego sezonu Białostocki Teatr Lalek. Połączenie klasyki ze współczesnością, teatru lalki z teatrem cieni, w zestawieniu ze współczesną scenografią i muzyką to największy atut teatru i prawdziwy majstersztyk.

Dzięki uprzejmości teatru 10 września zostałam zaproszona na przedpremierowy spektakl Aleksandra Fredry “Śluby panieńskie”. Jak powszechnie wiadomo jest to historia dwóch dziewcząt, które postanowiły pozostać w stanie wolnym i dręczyć chłopaków swoją obojętnością. Albin nie podoba się Klarze, Aniela lekceważy zaloty Gustawa. Wszczęte zostają intrygi, złamane są serca, jednak kończy się wszystko szczęśliwie.

Sukcesem można określić połączenie klasyki i nowoczesności w reżyserii Artura Dwulita – aktora teatru i współczesnej scenografii – dzieła i jednocześnie wyzwania, któremu dzielnie stawiła czoło Łucja Grzeszczak – aktorka BTL, znajdując inspiracje do stworzenia spektaklu i kostiumów we współczesnym świecie.

Umiejętność manipulowania lalką – jawajką używaną w teatrach azjatyckich zdobyta podczas studiów przydała się aktorom. Postawili przed sobą nowe wyzwanie. Rodzaj lalki kojarzony zwykle z postaciami bajkowymi, aktorzy zdecydowali się wykorzystać w zderzeniu z klasycznym tekstem komedii A. Fredry. Jawajka to rodzaj lalki teatralnej z głową osadzoną na kiju, z rączkami prowadzonymi przez aktora obiema rękami za pomocą drutów.

Interesująca w tym spektaklu jest konstrukcja sceny. Oglądałam akcję za kilkoma parawanami, których układ przypominał mi witryny sklepowe z nagimi sylwetkami kobiet – manekinów. Na górze był plan lalkowy, gdzie toczyły się poszczególne intrygi, szamotały się lalki, biegały, całowały namiętnie.

Na dole zaś widzowie oglądali teatr cieni, gdzie Klara z Anielą składały przysięgę, że nigdy nie wyjdą za mąż, Albin pisał smsy, Gustaw śpiewał do mikrofonu. Właśnie tak spędza czas współczesna młodzież, więc komedia Fredry jest wciąż aktualna.

Manipulując lalkami aktorzy inscenizowali temat zawsze aktualny. A były to ważne relacje między ludźmi – miłosne perypetie dwóch par, dwóch mężczyzn traktujących kobiety w sposób całkowicie odmienny.

Jak uruchomić uczucie? Czy miłość to kwestia fascynacji, czy wzajemnych starań dwojga osób? Są to odwieczne dylematy z którymi mają do czynienia pary niezależnie od epoki.

Zwykły widz, jakim jestem ja, widząc taki spektakl był i zaskoczony, i niezwykle zaciekawiony tą formą przekazu. Stwierdzam z pełnym przekonaniem, że był to udany eksperyment. Mimo licznych skrótów główny wątek pozostał zachowany.

Fredro wierzył w magnetyzm serca. Zgodnie z tą teorią istnieją fluidy oddziałujące na drugą osobę, które przyciągają jak magnes. Miłość jest więc uczuciem, które nie musi pojawić się od pierwszego wejrzenia, ale do którego, pomimo różnych zawirowań losu, trzeba wytrwale dążyć.

Scenografia z wykorzystaniem teatru cieni i użyciem telefonów komórkowych, z których bohaterowie Aleksandra Fredry wysyłają smsy, w połączeniu z lalką, dawała pewną odskocznię od reguły, przeciwdziałała monotonii i urozmaicała spektakl. Ze współczesną muzyką to zderzenie jawiło się jako niezwykle interesujące. Przeniesienie komedii A. Fredry w nasze czasy okazało się strzałem w dziesiątkę.

Po zakończeniu spektaklu poprosiłam reżysera Artura Dwulita o krótką refleksję odnośnie przygotowania spektaklu i głównych jego celów. W udzielonym mi krótkim wywiadzie, reżyser wspominał o pomyśle, który zrodził się kilka lat temu.

Zaczął tak:

– Myśmy przygotowywali ćwiczenia z Fredry dwa, a może trzy lata temu ze studentami Akademii Teatralnej. Wzięliśmy z koleżanką Łucją Grzeszczyk na tapetę Śluby panieńskie. Okazało się, że lalka – jawajka jest kompatybilna ze słowem, które zostało napisane przez Fredrę, czyli z wierszem ośmio, jedenasto a zdarza się też trzynasto-zgłoskowym.

– Jawajka ma swój rodowód w Indonezji. Została przywieziona w XIX wieku przez angielskich i holenderskich kolonizatorów i stąd wiemy o teatrze jawajskim. Miał on formę teatru cieniowego, lalki były płaskie, i przedstawienia grane były w nocy. Cienie trzeba było oświetlić, ażeby zobaczyć na ekranie odbicie. W owym czasie używano do tego celu lamp.

– Gdy gubernator którejś części Jawy zażyczył sobie obejrzenia spektaklu w dzień, dalangowie – ówcześni mistrzowie, aktorzy, główni wykonawcy dawnych przedstawień jawajskich wymyślili, aby wykonać takie lalki, którymi można byłoby grać w dzień.

– Przywieziono je do Europy. W Londynie w Muzeum Narodowym znajduje się wystawa zbiorów indonezyjskich. Ale i w Warszawie mamy muzeum, w którym poświęcono dział jawajskiemu teatrowi cieni. Są tam lalki oryginalne, bądź repliki. Kiedyś gościliśmy specjalną wystawę u nas w teatrze właśnie związaną z tym rodzajem teatru.

A te lalki, które grały na scenie?

– Jawajki, które wystąpiły w spektaklu to nasze na wzór tamtych. Zostały przygotowane przez naszą pracownię na potrzeby spektaklu. Pomysł też został zaczerpnięty stamtąd.

– Rzecz polega na tym, że lalką nie imitujemy zachowania człowieka, lecz wykorzystujemy predyspozycje lalki, aby opowiedzieć o emocjach i przeżyciach i uczuciach postaci scenicznych. Sedno tkwi w tym, żeby nie naśladować człowieka, a wykorzystywać predyspozycje, tworzyć skrót, metaforę, tworzyć poezję. Dlatego to jest tak niespotykane.

To jest już sztuka wyższych lotów…

– Dziękuję, że pani użyła tych słów.

– Jesteśmy bardzo niszowym działem sztuki, bo teatr lalek jest kojarzony z teatrem dziecięcym. Ma też stałych odbiorców wśród dorosłych. Wychodzimy naprzeciw dorosłej publiczności. Chcemy ją uwrażliwić na tego rodzaju przekaz, na plastykę, na to co się słyszy, na to co się widzi, na to co się dzieje na scenie między aktorami, między postaciami. Stąd ten zabieg i wykorzystanie Ślubów panieńskich, które są tekstem dramatycznym. Fredro pisał dla aktorów żywych jak wiadomo, nie dla lalek.

Było wiele sytuacji komicznych.

– Tak ,bo to komedia. Udało nam się nie zrobić z tego farsy, ani teatru jarmarcznego. Jest bardzo cienka granica między jarmarkiem, ulicą, a teatrem szlachetnym, komediowym. Gdybyśmy dodali za dużo dźwięku przestałoby to być szlachetne. Trzeba uważać, aby zachować umiar, kiedy wypuścić słowo, kiedy lalkę do przodu…

– Spektakl powstał w koprodukcji. Jestem aktorem tego teatru, a jednocześnie miałem przyjemność reżyserować moich kolegów. Scenografią zajęła się Łucja Grzeszczak, która jednocześnie grała rolę Anieli. Opracowała też projekt lalek, które zostały wykonane w naszej pracowni plastycznej i technicznej. Jeśli chodzi o zaplecze techniczne to mogę pochwalić się, że to ścisła czołówka teatru lalek. Muzykę napisał Piotr Chociej – białostocki muzyk.

Na zakończenie padły słowa:

– Proszę zaprosić kolegów, koleżanki na przedstawienie. Oprócz Ślubów panieńskich gramy repertuar dla widzów dorosłych. W najbliższym czasie będzie Kandyd – Woltera, którego premiera była rok temu. Proszę śledzić w repertuarze.

W spektaklu występują też Iwona Szczęsna, Izabela Maria Wilczewska, Wiesław Czołpiński, Błażej Piotrowski i Mateusz Smaczny.

Przedstawienie zostało zrealizowane w ramach Sceny Propozycji Aktorskich.

Można je oglądać 7 i 9 października o godzinie 18.00 na małej scenie Białostockiego Teatru Lalek

Więcej o Wolterze i jego dziele Kandyd… TUTAJ

2 odpowiedzi na "Śluby panieńskie w teatrze lalek"

Dodaj komentarz
  1. LP

    28 września 2016 at 10:44

    Świetna recenzja z wywiadem.Brawo Marianno!!

    Odpowiedz
  2. Marianna

    22 grudnia 2016 at 22:29

    Dzięki Lilu,pozdrawiam.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *