Nikifor w Operze

Pięćdziesiąt unikatowych, oryginalnych prac Nikifora Krynickiego – łemkowskiego artysty, jednego z najsławniejszych i najbardziej uznanych malarzy prymitywistów na świecie można było oglądać od połowy września do końca października na wystawie w Operze i Filharmonii Podlaskiej.

Wystawę Pięćdziesiąt Nikiforów oglądałam 24 września w ramach kampanii 60+ Kultura wraz z towarzyszącą mi niewielką grupką seniorów. Oprowadzająca po wystawie kustosz – Irena Kosztyła z niezwykłym entuzjazmem przybliżyła nam wiedzę o życiu i twórczości malarza z Krynicy, którego właściwe nazwisko Epifaniusz Drowniak (1805 -1968) jest nadal mało znane, a jego bogate malarstwo było dość długo niedoceniane.

By lepiej wniknąć w tak ekscytującego malarza, 29 września udałam się na Odeską 1 ponownie. Po wystawie oprowadzał kierownik Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego – Ryszard Saciuk .

Kolekcja powstawała przez kilkanaście lat, nie zawsze spokojnych, poprzez osobisty, bezpośredni kontakt Alfonsa Karnego z Nikiforem

– zaczął opowieść.

Spotkania rzeźbiarza z krynickim artystą odbywały się na przełomie lat 40 i 50 XX wieku. Kupione wówczas najbardziej interesujące go prace, są w posiadaniu Muzeum Rzeźby. Dwadzieścia lat temu, w marcu 1993 roku podczas otwarcia Muzeum Rzeźby A. Karnego, zgodnie z wolą siostrzenicy artysty, obrazy Nikifora były pokazane na pierwszej czasowej wystawie.

Muzeum Podlaskie Oddział Alfonsa Karnego pokazuje tę kolekcję po raz czwarty. W ubiegłym roku z niepokojem wysyłałem ją do Buffalo w USA, potem była w Muzeum Polskim w Chicago i na Uniwersytecie Springsfield w stanie Massachusetts. Wystawa cieszyła się dużą popularnością. Na otwarcie ekspozycji w Buffalo przyjechało kilka tysięcy Łemków z terenu USA i Kanady. To było prawdziwe ich święto

– kontynuował oprowadzający.

Opowiedział fragment historii, która wywarła na nim niesamowite wrażenie:

Gdy Alfons Karny zawitał kiedyś do gospodarza, u którego przebywał Nikifor, otrzymał filiżankę herbaty. Po chwili ów gospodarz kopnięciem w skrzynkę pod stołem zbudził malarza mówiąc „Nikifor, wyłaź! pan do ciebie przyjechał”.

Ten utalentowany artysta doświadczył okrutnego losu. Ojciec jego był nieznany, matka prawie żebraczka, wszystkie stygmaty ziemskiej niedoli skupiły się na nieszczęśliwym potomku. Poza tym był półgłuchy, z zaburzoną funkcją mowy, na dodatek słabego zdrowia. Każdy z politowaniem na jego widok pochylał głowę. Wszyscy go znali, ale każdy unikał.

Matejko z Krynicy to człowiek, który chodząc do cerkwi rósł w cieniu ikonostasu. Jako dziecko krótko uczył się w szkole cerkiewnej. Sam, poprzez obserwacje, chodząc do kościołów, klasztorów, cerkwi uparcie studiował malarstwo.

Najbardziej serdeczne i miłe były mu wnętrza świątyń. Malował więc swoje portrety przy ikonostasie, jakby sprawował obrządek modlitewny. W czasie okupacji namalował Nikifor siebie w roli biskupa błogosławiącego, ten obraz służył mu jako swoisty rodzaj paszportu.

Malował też siebie w roli sędziego, wojskowego, lokował się przy patriarchach, przy ostatniej wieczerzy. Nadawał obrazom formę działania wychowawczego. Wiedząc, że jego czas jest krótki występuje więc jako ewangelista, wysyłając w świat uczniów, aby uczynili go lepszym

– interpretował obrazy Ryszard Saciuk.

Malarz z Krynicy miał do dyspozycji najtańsze szkolne farby akwarelowe i papier pakowy, zużyte blankiety biurowe, pudelka po czekoladkach, papierosach. Jako osoba, którą każdy lekceważy, malował prymitywnymi narzędziami w ustronnym miejscu, narażając się nieustannie na krytykę.

Swoją twórczością chciał nawiązać kontakt z otoczeniem. Narodziła się wówczas forma komunikacji, w której przemawiał szczerze. Operował konturem, budując idealną kompozycję, którą wypełniał kolorami akwarel.

To suma pewnej sztuki, która rodziła się wiele lat, wiele epok. Obserwował ją w obrazach świętych, gotyckich witrażach. Wypracowywana przez wiele pokoleń malarzy, stała się jego dziełem w trakcie jego krótkich malarskich doświadczeń.

Czas twórczości krytycy szufladkują mówiąc, że jest to sztuka naiwna. Naiwnością jest takie stwierdzenie. Forma i kolor stawiają go wysoko wśród twórców sztuki.

Na sztukę Nikifora trzeba patrzeć nie tylko oczami. Aby zobaczyć jego inspirację trzeba patrzeć sercem. Ono podpowiada, że był to rodzaj skargi malarza, który ubolewa nad swoją pozycją społeczną i daje temu wyraz wielokrotnie.

Nikifor przeżył dwie wojny, tułaczkę jako człowiek niepotrzebny w Krynicy i deportacje na wybrzeże zachodnie. Nie czytał, nie pisał lecz wracał w swoje strony. Miejscem bezpiecznym, do którego był zapraszany były kuchnie. Były też miejsca wrogie.

Bardzo wyraźnie utrwalał wszystko w swojej twórczości. A był twórcą niezwykle pracowitym. Czterdzieści tysięcy dzieł, które stworzył to olbrzymi dorobek. Z powodu doskwierającej biedy, kierując się oszczędnością tworzył też obrazki malowane dwustronnie.

Jako nastolatek w czasach zaboru austriackiego był przez ówczesnych urzędników traktowany życzliwie, toteż podobnie jak dostojnicy różnych wyznań byli oni w jego twórczości eksponowani i postrzegani z wielką estymą. Chcąc udoskonalać świat, dodał do obiektu piekarni kopułę, a kościołowi Mariackiemu więcej wież

– mówiła  kustosz wystawy Irena Kosztyła.

Nie lubił zeszytów w kratkę, te w linie dawały mu większe możliwości rozwinięcia perspektywy. Nikifor miał fotograficzne oko, toteż kompozycja obrazu była fotograficzna, nigdy nie pomylił się operując perspektywą.

Gdy w latach sześćdziesiątych życie przykuło go do łóżka malował na pergaminie kolorowymi długopisami. Wreszcie pod koniec życia Nikifor dostąpił zaszczytu wystawiania swoich obrazów w prestiżowych galeriach. Zyskał międzynarodową sławę, pokazywany w towarzystwie największych znakomitości współczesnego malarstwa.

W Polsce szczególnym wyróżnieniem była jego wystawa retrospektywna w warszawskiej Zachęcie zorganizowana w rok przed jego śmiercią. Wtedy to Matejko z Krynicy, jak podpisywał się na znak przyjęcia profesji malarza, stał się członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków.

Jako uzupełnienie wystawy zaplanowano pokaz filmu Mój Nikifor – Krzysztofa Krauzego. Wszystkie osoby obecne na wystawie z chęcią obejrzały wzruszająca opowieść o ostatnich latach życia Nikifora, którym w tym czasie opiekował się inny malarz, Marian Włosiński. Poświęcał on swój czas i talent, by dbać o artystę, w którym widział geniusza.

W rolę Nikifora po mistrzowsku wcieliła się, uhonorowana licznymi nagrodami za swoją kreację, niezapomniana Krystyna Feldman.

Myślę, że był to nie tylko dla mnie, wieczór pełen refleksji i zadumy. Z rozrzewnieniem opuszczaliśmy gościnne progi naszego Europejskiego Centrum Kultury.

2 odpowiedzi na "Nikifor w Operze"

Dodaj komentarz
  1. Joanna

    28 października 2016 at 20:52

    Z przyjemnością przeczytałam relację i wrażenia autorki. Czytając znalazłam się niejako na wystawie. Zatem energia sztuki poplynela dalej 😊

    Odpowiedz
  2. LP

    29 października 2016 at 14:46

    Oglądałam jego prace w Muzeum w Krynicy i byłam pod urokiem jego malarstwa.Dzięki Twojej Marianno relacji z wystawy w operze, wróciły moje wspomnienia z pobytu w sanatorium w tym urokliwym mieście.
    Dziękuję

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.