Mieczysław Borys uczestnik konkursu SREBRO NIE ZŁOTO w kategorii „wiersz” i „opowiadanie”

Dzisiejszym  natchnieniem,  wczorajszym  wspomnieniem

Na chwilę zostawiam ciebie miasteczko moje,
Jadę do matuli z nawyku, przyzwyczajenia i obowiązku.
Z puszczy wynurzamy się na zbożowe polany we dwoje –
Z żoną wszędzie w nierozerwalnym związku.

Krajobraz falą wyżynną drogę układa –
Na horyzoncie garby, jakoby ze sobą się stykały –
[Tak że można je nawet dotknąć tym bardziej policzyć.]
Z górki i pod górkę chwiejną kołyską przemijać nie lada,
Choć nigdy dosytu w podziwie umysłu sensory moje nie na upajały.

Przy drodze aż pod las
Jak okiem objąć żyto falą płynie…
Gromadzę w natchnienie geograficzny atlas,
Jak oczom żyto z zieleni zmienia się w złote dośpiewanie.

Barwi się złotem żyto,
Wioski uśpione na horyzoncie,
Jare zboża w soczystej zieleni w paletach odkryto.
Z wrażenia aż serce kołacze w tym momencie…

Zapach z lewa i prawa w nos się wtyka…
Na przemian łąki i pola wzrok spotyka.
Sielskim widokiem ku leśnym zagajnikom zając przemyka,
Koń rży rwąc łańcuch z palika!

Sokołda płynie ku Narwiańskiej Krainie –
Meandrem spokojnie, leniwie, cierpliwie…
W zagrodzie gospodarza zły pies ciąga łańcuch po linie
I zrywa się do wolności rychliwie!

Sokółka żubrem i rycerzem z mieczem
W herbie gościom się wita!
Sokoły nad Sokółką są przyrody obliczem,
Poniżej loty jaskółek furgają całą świtą.

Niebo niskimi chmurami pokryte,
Słońce między nimi ruchomo po mieście prześwita,
Gołębie w locie zmieniają kolory wyśmienite,
Wędruje na północ w układzie jedynki gęsia elita.

Degustuję oczy zmiennym wykwitem reklamowych chwytom,
Pozostawiając za sobą czasu nadmiar podaży.
Skończywszy mijać z lewa i prawa w
letnich kolorach wiejskich ludzi polotom,
A począwszy rozwijać umysł wgłębiając się
w przyrodnicze krajobrazu wiraży.

Po wzniesieniu szosa przez las się wspina,
Młodnik sosnowy obustronnie droga przecina.
Jest tutaj tak jak na skraju puszczy jedlina
Tam gdzie tablica wskazuje „Lipina”.

Wynurzamy się i zanurzamy w asfaltowej huśtawce,
Przemijamy między brzozami, sosnami i świerkami.
Cienie migoczące zostawiamy asfaltowi okryty lipami,
dębami i klonami aż po Popławce,
Za nimi jest urokliwie pięknie i chłodem orzeźwiająco pod topolami.

A tam gdzie wycięto drzewa w pień ze starości,
Tam słońce żarzy się dla ciała przejmująco!
Zanim dotrzemy do matczynej włości,
Napotkamy wzgórki, pagórki – na nich z odłogu
zarosłe pola, między nimi zboża lśnią malujące.

Wjechawszy w wieś rodzimą w czasie się cofam –
Smutkiem i żalem symptom przeszłości śliną przełykam
I sam sobie ujrzeniu nie ufam,
Iż dzisiaj tutaj tak pustą i smutną ulicę spotykam!

Domy w szalunkach kolory zmieniają,
Podwórka choć w koty na przybywało,
Lecz tylko zza płotowymi chwastami się spotykają,
Skoro dzieci tak mało. Kiedyś tak nie bywało.

Słupy elektryczne i linia telefoniczna wybrykiem cywilizacji,
Błędem ludzkiej techniki i wygody,
Iż świat pogubił to co lepsze dla racji
Czy te brzęczące wygody, czy dzieci pełne ogrody?

Bez i jaśmin pachnie samotnie,
Rośnie i przekwita nieboleśnie,
Gdyż nie ma dzisiaj dzieci, żeby okaleczały istotnie.
A tylko ja jedyny samotnie o tym pomyślę…

W sadach jabłonie rodzą, lecz nikomu owoców nie dają.
Kobiety ciąż nie noszą i dzieci nie rodzą,
Skoro ich nie ma prawie wcale i przeto dzieci się nie witają.
W sadach zdziczałych tylko koty swoimi ścieżkami chadzają.

Płoty zbutwiałe opustoszałe młodzieżą w podpieraniu,
Staruszka z laską na ławce nie uświadczysz!
Tylko jaskółki niezmiennie nad ulicą furgają we wspieraniu
Przeszłości, bo tylko ona nad dniem dzisiejszym płacze…

Skowronek smutny pod niebem zawisł
I za nic ku ziemi nie zechce przybliżyć –
Wyśpiewując swój żal o ludzką zawiść,
Że bez ludzi jakże markotnie jemu żyć!

Bociany dzieci już nie przynoszą,
Wierzyć w to też nie ma już komu.
Szczęście pozostało tylko jedno – i ducha podnoszą,
Że jeszcze znajdują się gniazda koło domu!

Klekot po wiosce się roznosi!…
Piskląt pisk pokarmu prosi!…
Rodzic nieustannie skutecznie im donosi…
Aż z wypatrywania u mnie adrenalina
z tęsknoty się podnosi.

Dosyć tego. Udam się do Wszystkich Świętych –
Schylić czoło nad ojca grobem,
Świecą skrzeszę płomyk dla rzeczy pojętych,
Które czekają na nas, nie wykupimy się żadnym sposobem!

Zanim to się stanie w moim życiu majdanie
Będę wieszczem spocząwszy na rodzinnej polanie…
Pachnące bzy i jaśminy przy sadzie w pamięci zostaną,
Gdyż teraz widok spojrzenie utrwala w miejscu dzieciństwa chadzania.

Pędy młodnika sosen spojrzeniem oczy solidnie przybiło,
Że tutaj tak w krajobrazie się zmieniło!
W najgorszym zmor śnie by się nie przyśniło,
Że jeszcze wczorajsze łany zbóż polu kłaniały,
dzisiaj bezludnie dziczyzną przybyło!

Ziemia dziczeje, odłogiem zarasta –
Na małych polanach brzozowo-sosnowy las wyrasta…!
Szczęście moje oczy ujrzały, że większe polany bez chwasta
Tętni i woni kartofliskiem od lasa do lasa.
Ach, jaka spokojna i upojna dusza w powrocie do miasta.

W dedykacji Podlasiu i mieszkańcom wsi Cimanie, skąd pochodzi autor wiersza.

***

W drodze do stolicy Podlasia

Wiatr przepędził chmury,
dzień, który był deszczowo bury –
stał się pięknie słoneczny.
A więc wrzucam bieg wsteczny –
następnie przedni i z podwórka w rejs
106 KM, że hej[s] – jadę zadowolony do stolicy,
ma się rozumieć, że do podlaskiej –
po drodze wszędzie zapach sosnowej żywicy.
Pas w jednym kierunku drogi wąskiej,
co jak w obie strony ruch obfity,
tylko podziwiać puszczy wykwity,
bowiem i nie w sposób wyprzedzić TIR-a,
PeKaeS, czy nawet marudera,
więc oko krajobraz do serca zbiera…
A kiedy dusza do domu wróci –
do wiersza, co spotkała wrzuci:

Wyżynny krajobraz raz mnie unosi,
Raz do doliny zniży.
Dusza łkaniem się wznosi,
Gdy tyle piękna w pobliży.

Idzie mój koń, jak burza;
Żre paliwo, połyka złotówki,
Lecz piękny jest, jak róża,
Więc nie żałuję wydanej na niego żadnej stówki.

Z puszczy czerwony łeb wynurza,
Święta Woda, więc gaz z ręki,
Przeto spojrzenie na las krzyży oko duszy przedłuża,
A jak to widzę i czuję w sercu, mówię: Bogu dzięki!

Koń mój z górki, choć nie ma luzu,
Biegnie, jak „Pegaz lotny”.
Barbara mówi: – Ty, mój tuzie,
Nie będziesz w życiu samotny.

Jak pięknie żyć we dwoje –
Tym bardziej jest większe szczęście,
Że są w naszym domu spokoje,
A nie rękoczyny i gniewu pięści.

Toć za to nierozerwalnie –
Zawsze i wszędzie razem
Wiezie nas nasz koń legalnie
Nie będąc męką pod ciężarnym życia głazem.

Domami Wasilków wita i żegna,
Które już w tle pozostają.
Podniebne gołębie, co je natura gna.
Moje źrenice na nie spoglądają.

Supraśl uroda rzek podlaskich,
Których w podobieństwie jest wiele,
Spojrzeniem wraca w dzieciństwa wspomnień takich,
Co tylko ująć z życia w rozdziale.

Przez most samochody i TIR-y przemykają…
A woda podlaska rzeką sobie niezmiennie płynie…
Na prawo na łące przy puszczy, co oczy spotykają,
To koń żelazny, który biegnie ze stukotem po szynach
i trąbi sygnałem maszynista w lokomotywowej maszynie!

Podlaska przyroda i natura nie zginie,
Iż tutaj huta i kopalnia nie stoi.
A tu, tam niejedna naturalna
po lodowcach ukształtowana rzeka płynie,
Która jest pięknie dzika, nie mając ludzkiej zbroi.

A kiedy ku wzniesieniu nasz koń nas wiezie,
„OD OFF” dla przyśpieszenia racz byłem załączyć;
Po czym idzie, jak burza aż chce się powiedzieć:
że to nie Cinquecento, który tak wolny
aż by się chciało powiedzieć, że lezie.
Ach, jak dobrze, że oczy i serce
nasze miasto Białystok z nami połączy.

Ziemio Ojczysta Podlaska moja, Twoja i nasza
I stolico Podlasia – Białystok,
Który się zdobisz siedmioma wzgórzami,
gdzie tu ciało i krew nasza i Wasza –
Podlasia, co trudów i radości mamy tok…

Tu stok, tam wzgórze,
Tam horyzont w murze.
Tutaj zieleń i róże
I czysto białe anioły w górze.

Grodzie, Ty nasz piękny i czysty
W zieleni kolorowymi budynkami się roztaczasz…
I wiatr, który powiewa bystry,
I stolico nasza nad sobą smogiem nie płaczesz.

Ulice piękne i wygodne dzięki Unii się remontują,
W innym miejscu od podstaw się budują!…
Włodarze stolicy dzięki swojej postawie mądrości,
gospodarności i zaradności rozwoju koniunkturę notują.
Mieszkańcy, tym bardziej goście przyjezdni
piękno w naszym mieście znajdują.

Grodzie Ty nasz, stolico Podlasia
W herbie: rycerzem z mieczem na koniu –
A nad nim Godło Ojczyste w Koronie i Podlasia,
Taką stolicą jesteś naszą w pięknym ustroniu.

Jak warto Tobie oddać serce czyste,
Dumo Podlasia w herbie i grodzie.
Piękną z życia masz listę
W czystym dla historii dowodzie.

Leżysz na siedmiu wzgórzach –
Zwiesz się miastem: Białystok
Będąc pięknym, jak ogród białych róż,
Posiadając: raz, dwa, trzy, cztery,
pięć, sześć, siedem biały stok.

Dedykowany Podlasiu i miastu Białystok.

—————————————————————————————————————————————–

Opowiadanie:

„TOUR DE BIAŁYSTOK”

66 Tour de Pologne / Białystok 3.08.2009 rok.

Dzień potliwy, ale ujdzie – tymczasem dzisiaj z kolei po raz drugi Tour de Pologne w Białystok zawitał, a z honorami
Białystok Tour przywitał.

Okazja nie do przepuszczenia, bowiem druga może już się nie powtórzyć? Więc Mietku, zapalaj swego „Mustanga” i pędź do stolicy Podlasia. Po drodze jest czas skręcić na Sobieskiego po ogumienie do napędzanymi mięśniami „mustanga” mojego. Z zaplanowania Jurowiecka za parking posłużyła, a stąd przez były targ na Piłsudskiego – tam gdzie będzie się ścigać: Tour de Pologne! Ludzi, jak za dobrych czasów gierkowskich, tylko na szczęście z innego powodu. Ja z towarzyszącym mi synem, jestem sobą – [choć inny], jak nigdy ani krzty wstydu, stresu, pewny siebie i radosny, że będę uczestniczącym kibicem kolarskiego wyścigu. Kiedy dotarliśmy do miejsca, gdzie została wyznaczona wyścigu trasa – ludzi małych, dużych, starych masa. Barierki odgradzające kibiców odziane różnymi reklamami – dzisiaj Białystok wyzłaca się kolorami. W uszach szum ludzkiego gwaru, zapach reklam parcianych.

[Za dzieciństwa nie spotykało się takiego czaru, kiedy podKuźnicą Białostocką przejeżdżał „Wyścig Bałtycki” etapu: Grodno – Ełk.]

Reklamy poziome, które upiększają odgradzające od ludzi barierki w oczach się mienią, w słońcu i pogodzie. [Nie jak w deszczu ubiegłej wrześniowej jesieni, gdy niepogoda mnie odstraszała być świadkiem zmagania się kolarzy.]

Dzisiaj z Serocka Tour de Pologne machina pędząca ruszyła ku ziemi podlaskiej, co następnym razem, sam Lang nie wie kiedy znów w Białymstoku Tour zawita? Reklamy pionowe z balonami powietrzem w górę uniesione – przez wiaterek z lekka powiewając upiększają miasto i prostą finiszową. Och, gdybyś była, zobaczyłabyś, szkoda, że nie ma Ciebie żono, a tak tylko pozostanie Tobie nuta moja wierszowa. Ludzie, którzy z pobliskich domów przyszli, mówią: „Jest ucieczka czterech kolarzy, a wśród nich, Polak Matysiak!” Wiadomość wzdłuż barierek ku finiszu w eter poszła!… A tutaj ni stąd ni zowąd nad kibiców głowami, każdy kto nie głuchy usłyszeć mógł hałaśliwy warkot helikoptera! Ludzie patrząc w niebo, mówią słowami: „Zaraz kolarze się pojawią, jeśli są już techniczne wozy!” Już tyle hałasu! Ludzkiego szmeru!… Nadjeżdża motocykl pilot z tabliczką: „1”, po tym w kilkadziesiąt sekund mkną czterech kolarzy – wśród nich Polak ambitny w trykocie Biało-Czerwonym, którego widownia od razu kojarzy. Każdy kto żyw i przybyły Białostoczanin spontanicznie bije brawo… A co jeszcze się wydarzy? Za tymi czterema zuchami techniczne mkną wozy; wiozą koła, rowery i inne od kolarstwa wojaże. Ludzie z ciekawości aż przełykają ślinę… A tutaj, jak „szwunk”* pędzą zwartą grupą kolarze! Całą szeroką ławą, jak jezdnia jest ku temu przeznaczona. Szum opon kolarskich po asfalcie, podmuch pędu powietrza uderzającego o barierki aż do załopotania reklam!… Oj, coś pięknego, niebywałego, ludzie biją brawo!… Barwny kolorowy peleton obok nas mknie, bo kolarze jadą dalej śmiało. Runda druga, czas umyka; jeden, drugi, trzeci, czwarty kolarz tak szybko obok nas przemyka, że z oczu szybko znika! A tutaj nawet minuty nie upłynęło i zanim z oczu wymazałem ucieczkę, już widać cały peleton rozpędzony, jak huragan rozburzonej atmosfery; błyszczą się w blasku słońca kolarskie rowery, nawet na foto czas nie zatrzyma nimi ugodzony. Pędzą ku nam, jak „Żubry Podlaskie” aż sam Marszałek Piłsudski pomnikiem na to patrzy. Och! Jaką dzisiaj mamy uroczystość na czasie, że Białystok nie tylko w rozwoju ma trafny strzał, lecz i w „Promotion” naszego Podlasia! W tym czasie, sam nie wiem, gdzie mam oczy wodzić w lewo, w prawo? Tak jakoby miał rozum wystraszony.  A tutaj ludzie kolarzom coraz większe biją brawo!… A że na inwalidzkim wózku przyszło mi się życie spędzić i po szyję mam ochronne barierki, zatem opieram się brodą na nie i głową wodzę w lewo, prawo, bowiem czasu zatrzymać nie mogę. A i tutaj kolarzy nikt nie zatrzyma, pędzą jak sto pięćdziesiąt rozpędzonych koni i nic im na przeszkodzie, nic ich nie ima. Tylko mój wzrok ich połyka, lecz czas ich goni za ucieczką i do mety, czas im umyka,
choć i nic na przeszkodzie, nic ich się nie ima. Zachwyt, sam nie wie, co ma zrobić, gdy wyścigu już zostało tak mało? Jeszcze raz koło nas tylko przemkną – finiszując już aż do mety! Skoro tak się ma wydarzyć i tak się już niedługo stanie! Zatem trzeba głowę na barierkach ułożyć wygodnie, mięśnie naprężyć, wzrok wyostrzyć, nie oglądać się na podlaskie Panie, choć muszę przyznać, są urodziwe, jak pierwiastki łanie. A wsłuchiwać się w transmisyjny helikopter, który gdy już, jak się pojawi, to kolarze za chwilę nadjadą! A czas tylko wspomnienie po nich zostawi. Już warkoczący nad głowami nadlatuje helikopter! Ludzie wzdłuż barierek krzyczą: „Samochody już są! Jadą!” Porządkowi kierują na pas boczny. Czas się skurczył, oczy sekundy liczą… Pilotażowy motocykl koło nas przemija, ludzie na barierki już się kładą… A przed nami Piłsudskiego zza łagodnego łuku finiszują już na całej prostej kolarze z peletonu! Choć asfaltem, szum pędzących rowerów, jak po bruku, w kolorowych barwach grup łopoczących trykotów koszulek, nie ze stylonu. Rozpędzony finisz, jak fala uderzeniowa w podmuchu mknie peleton całą zwartą grupą! Podmuch powietrza bije po barierkach i reklamach aż szum w uszach. Jest to niczym z atrakcji do tego, gdyby i obok przemknął kolorowy tajfun wpędzając nas w głuchość słupią. Kolarz jeden za drugim, jak szaleńczą szybkością pędzą, rozprowadzają swój swojego do finiszu, żeby wygrać etap. A tam dalej, jak rozprowadził kto kogo i na mecie kto podniósł ręce? Już nie mogłem zobaczyć, gdyż się znajdowałem 200 metrów przed metą. Gdy nie mogłem finiszu na mecie zobaczyć, to też raczyć jestem skrót pod wierszem zaznaczyć:

Dedykowany miastu Białystok, Podlasiu i jako promocja Podlasia całej Polsce, Europie, a nawet i światu.

Objaśnienie: szwunk* – z języka potocznego autora na poprawny szum pędzącej grupy kolarzy.

P. S. Jeśli jesteś w takim wieku, że szukasz żony, to Podlasianki w Polsce są najładniejsze, a i żonami są dobrymi.



Nazywam się Mieczysław Borys, mieszkam w Czarnej Białostockiej, rencista, mam 60 lat, 30 lat na wózku inwalidzkim z wypadku przy pracy w kopalni „Ziemowit” na Górnym Śląsku.

Jedna odpowiedź na "Mieczysław Borys uczestnik konkursu SREBRO NIE ZŁOTO w kategorii „wiersz” i „opowiadanie”"

Dodaj komentarz
  1. Mieczysław Borys

    24 stycznia 2016 at 22:33

    Witam Seniorów Literatów

    Trochę bardziej rozszerzę mój życiorys:

    Urodził się 20 grudnia w 1955 roku w rodzinie chłopskiej we wsi Cimanie, w powiecie sokólskim na Podlasiu. Ojciec o imieniu Izydor, matka Marianna z domu Kułak
    z rodziny chłopskiej w parafii Kundzin. Uczęszczałem do szkoły podstawowej w Starowlanach, oddalonej o trzy kilometry od mojej wsi rodzinnej. W trakcie szkoły podstawowej i po ukończeniu jeszcze przez krótki okres pozostawałem z rodzicami
    pracując na roli, po czym już jako 18-letni młodzieniec wyjechał na Górny Śląsk.
    Byłem junakiem Ochotniczego Hufca Pracy przy PRIM w Mysłowicach – po czy monter instalacji sanitarnych jako robotnik. Następie górnik dołowy PRG Mysłowice na oddziale IV w KWK „Ziemowit”. Jestem żonaty od ponad 30 lat, żona Barbara z domu Sańko z rodziny robotniczej. Jestem ojcem dwóch synów. Po tragicznym wypadku w kopalni powróciłem
    z rodziną na rodzime Podlasie i osiadłem w Czarnej Białostockiej w otulinie Puszczy Knyszyńskiej wybierając to miejsce. Od 10-ciu lat jestem dziadek jedynej wnuczki Natalki. Jestem z natury domatorem i wrażliwcem – stąd moje zamiłowanie do pisanie wierszy.
    A że mieszkam w otulinie Puszczy Knyszyńskiej, gdzie jest piękny zalew:
    https://photos.google.com/photo/AF1QipOot7lgL_NuCDWS2C96SS1THwIg4khFnnL7pRlC
    a zatem często odwiedzam to urocze miejsce, nawet i w porze zimy, gdzie w niesamowitej zieleni, czystego powietrza i w spokojniej ciszy, jak oddech, nabieram natchnienia do dalszego pisania wierszy… Piszę wiersze w różnych tematach czyli konkretniej przede wszystkim z mojej życiowej sytuacji o cierpieniu, albowiem taki mój los, piszę o Miłości –
    żonie napisałem ponad 200 wierszy, piszę o Przyrodzie, piszę Patriotyczne wiersze… Szanowni Seniorzy, możecie mnie tutaj zobaczyć: https://www.far.org.pl/forum/viewtopic.php?id=2527
    Taka była i jest wola mego losu…
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich Seniorów życząc dużo zdrowia.
    Dziękuję za czytanie moich wierszy. Dziękuję Seniorowi Białystok, że mam możliwość
    dzielić się swoimi wierszami. Dziękuję Jury za wyróżnienie mnie w Konkursie Literackim:
    „SREBRO NIE ZŁOTO”
    Mieczysław Borys – [ Mietko poeta kamień ]

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *