Kuracjusz w Budapeszcie

Kiedy chłody zaczynają naprawdę dokuczać, gdy spięci i niedoświetleni, oszczędnie aplikujemy sobie codzienne radości – wtedy (nieuchronnie) nadchodzi pora relaksu!

I wtedy warto wsiąść w samolot, spędzić w niebie niecałą godzinę i oddać swoje ciało węgierskiej regeneracji. I nawet jeśli włączymy opcję „wszystko niedrogo” możemy zaserwować sobie tzw. full wypas.

Kurację zaczynamy od…

…dotarcia na miejsce: całkiem dobre ceny tanich lotów na Węgry ma Wizz Air, można wydać od 78 PLN wzwyż , w dwie strony. Wizz proponuje tez noclegi z 50% rabatem i ze śniadaniami w cenie, ale generalnie okazjom przyglądamy się dwa razy i najlepiej pod lupą. Dla tych, którzy boją się latania – dobra wiadomość: Lux Express i Simple Express1 – tym razem i 35 zł na trasie do Budapesztu! Trasy: Warszawa/Kraków – Budapeszt  (warunków nie sprawdzałam) bo lubię latać, a Wizz spełnia moje niewyszukane oczekiwania – czyli – dolatuje na miejsce, przeważnie o czasie. W przypadku Budapesztu przylatuje na lotnisko Budapeszt Ferihegy, które znajduje się 5 kilometrów od centrum miasta. Nie jest może duże i luksusowe, ale dobrze skomunikowane. Najwygodniejsze połączenie z lotniska oferuje serwis autobusowy BPEXPRESS, są też autobusy dowożące do stacji metra, przy czym metro jest dobrze oznakowane i dociera w różne rejony miasta, bez większych problemów. Niektóre linie metra są w dodatku cudowne, od estetycznej strony. Warto znaleźć czas na przejażdżkę słynną żółtą linią  (węg. Millenniumi Földalatti Vasút – Milenijna Kolej Podziemna), jedną z najstarszych linii w Europie. Powstała w 1896 roku w ramach obchodów tysiąclecia państwa węgierskiego i na stacjach pięknie zachował się klimat tamtych czasów. Nic dziwnego, że Linia M1, razem z aleją Andrássyego i Placem Bohaterów znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na którejkolwiek stacji byśmy wysiedli – trafimy na kawiarnie, romantyczne spacerowe zakątki, tajemnicze kamienice. To też spory atut.

Jeśli jednak nie zdecydujemy się na przejażdżkę z przesiadkami z budapesztańskiego lotniska – kuracjuszom, którzy jadą w małej grupce polecam taksówkę. Po każdym lądowaniu bowiem człowiek może być trochę… skołowany. Tuż przy wyjściu z hali przylotów znajduje się budka, tam zapytają nas o adres, poinformują o cenie takiego kursu taksówki, wydrukują paragon, zapłacimy i wsiądziemy do czystego auta, które bez problemu zawiezie nas dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. I ceny nie będą kosmiczne.

Noclegi – oto pięta achillesowa

… tego typu wypadów. Aby kuracjusz poczuł się kuracjuszem nie może mieszkać w ponurej, hotelowej norze, a takich hm… nigdzie nie brakuje. W Budapeszcie wybór noclegów jest przeogromny, a każdy znajdzie hotel na jego kieszeń, ja zaś polecam mieszkania. Szczególnie te w dzielnicy VIII – Józsefvaros (lub w okolicy), która pełna jest wysokich, dekadenckich kamienic, zadbanych zielonych skwerów i najczęściej nie zadbanych, wewnętrznych podwórek. Dzielnica Józsefváros znajduje się w peszteńskiej części miasta, o kilka kroków od centrum, a graniczy z dzielnicą Kőbánya, Ferencváros, Belváros-Lipótváros, i Erzsébetváros, i – proszę mi wierzyć – to naprawdę dobre położenie. Józsefváros można podzielić na dwie części: „dzielnicę pałaców” i biedniejszą część hm… slumsową. Jest to miejsce, w którym wszystkie eleganckie onegdaj kamienice mają kraty w drzwiach, w oknach, w przejściach, istne zasieki. Wewnętrzne podwórka przypominają smutne spacerniaki, nie ma tam zbyt wiele światła, ale… atmosfera przebrzmiałej świetności, wiktoriański szyk, a także to, że jest tu już bezpieczne i życie turystyczno – kulturalno kwitnie – czyni dzielnicę ciekawą lokalizacją.

Prawdą jest, że Józsefváros od czasów powojennych cieszyło się kiepską reputacją. Węgry do teraz mają kłopot z gangami Romskimi, które królowały w VIII dzielnicy, dziś nie jest to problem. Owszem, plątałam się pewnej pogodnej nocy po okolicy (z mapą), pytałam o drogę kogo popadło – i ani przez chwilę nie poczułam niebezpieczeństwa. Zaznaczam – byłam absolutnie trzeźwa i nie szarżowałam towarzysko. W końcu sympatyczny Amerykanin wskazał mi drogę.

Obcokrajowców w Budapeszcie żyje wielu (może nie tylu, ilu w Pradze, ale są….), pracują, żenią się i… wynajmują mieszkania. W Józsefváros i w okolicy znaleźć można mnóstwo nieco dziwacznych mieszkań, przerobionych z wielopokojowych, mieszczańskich rezydencji. Dziś chętnie wynajmowane są, polecam airbnb, tą drogą bowiem wynajęłam dla czworga kuracjuszy duże, dwupokojowe jasne mieszkanie, na 7 nocy za mniej niż 1.000 zł. Właścicielem okazał się Francuz, mieszkający w Budapeszcie od 5 lat, posiadający kilka miejscówek pod wynajem. Uwielbiał Budapeszt, ale nie mówił po węgiersku, co było znakiem, że prawie wszyscy mówią tu w obcym języku, najczęściej po angielsku. Z mojego doświadczenia wynika, że angielski w Budapeszcie jest normą w restauracjach, hotelach, muzeach i na ulicach, co jest wygodne i sprawia wrażenie pewnego turystycznego komfortu. Francuz (Jean -Pierre) dał nam kilka wskazówek, które się sprawdziły m.in. by jadać obiady w porze lunchu, bo wtedy wszystkie jadłodajnie mają tanie i smaczne zestawy.

I tak było. I by kupić karnet, a nie pojedyncze bilety, co było dobrym pomysłem, z tymże my polubiliśmy długie spacery i nie wyjeździliśmy całości.

W VIII dzielnicy mieści się także Węgierskie Muzeum Narodowe (Magyar Nemzeti Muzeum, ulica Múzeum Körút 14-16 mnm.hu/en) proponujące wycieczkę w czasie, oraz opowieść o historii Węgier od paleolitu po czasy komunizmu. Cóż… w wersji nieco uproszczonej, ale pełnej artefaktów, malowniczo wyeksponowanych i zaaranżowanych. Przypadły mi do gustu prehistoryczne zbiory biżuterii oraz pięknie odtwarzane wnętrza węgierskich mieszkań z różnych epok. Proste, ale może uciszyć. Poza tym sam budynek jest piękny, mieści się tam Państwowe Muzeum Historyczne, Państwowa Biblioteka im. Széchényiego oraz Państwowe Muzeum Przyrodnicze. To największe muzeum na Węgrzech, powstawało w latach 18371847 według projektu architekta Michálya Pollacka. Można tak miło spędzić cenny czas kuracjusza.

Dzielnica Józsefváros, oprócz urody, ma też tę zaletę, że jest dobrze skomunikowana z resztą miasta (poprzez Deak ter), w pobliżu znaleźć też można słynne, budapeszteńskie termy. A wiadomo, że…. dobre kąpiele – to bardzo wiele! (wybór subiektywny)

Ze źródeł termalnych korzystali już Rzymianie i wypada im uwierzyć, bo to byli cwani goście, którzy bynajmniej nie gościnnie władali naddunajską prowincją Panonia. W ich czasach na Węgrzech działało co najmniej 21 termalnych kąpielisk. Jeśli starczy kuracjuszom czasu, mogą obejrzeć pozostałości pod jednym z nich – Aquincum (od łacińskiego słowa aqua – wodę). Dziś są to ruiny, ale od czego jest wyobraźnia. Węgierska Stolica ma obecnie 123 ujęć ciepłej źródlanej wody i 50 kąpielisk, niektóre stawiają na nowoczesne SPA inne na profesjonalne kuracje, a jeszcze inne (moje ulubione) na przenoszenia w inne czasy (leczą i uczą jednocześnie)

(adresy, ceny, godziny otwarcia i informacje o innych kąpieliskach na stronie: www.budapestgyogyfurdoi.hu)

Z VII Dzielnicy spacerkiem przez most przejdziemy się , by zajrzeć do Kąpieliska Gellért Gyógyfürdő.

To najsłynniejsze i najbardziej eleganckie kąpielisko, nie ukrywam, że też najdroższe, wejściówka całodniowa (bez kabiny, ale z zamykana szafką) – to wydatek rzędu 40 – 50 zł). W innych miejscach jest taniej, ale… nie jest tak nastrojowo. Termy mieszczą się w secesyjnym budynku, tuż nad Dunajem, częścią tego budynku jest hotel, przypominający Grand Budapest Hotel2 (gorąco polecam ten film!). Hala główna jest ozdobiona szklanym dachem i posągiem Wenus, a wielki basen otacza piętrowa kolumnada. Zbiorniki dzielą się na pływackie, rekreacyjne i lecznicze. Sporą popularnością cieszą się także tarasy do opalania. W 1927 r. zainstalowano maszyny do wytwarzania sztucznych fal, a w 1934 r. udostępniono kąpiele z bąbelkami.

Woda w kąpielisku zawiera sód, siarczany, chlorki wapnia i magnezu, kwaśny węglan oraz fluor. Leczy się tu choroby kręgosłupa, schorzenia stawów, nerwobóle, zwężenie żył, choroby układu krążenia, astmę oraz przewlekłe nieżyty oskrzeli, oraz kaca. Relaksuje, co się odczuwa przy pierwszym wejściu do małego basenu z wodą 38 st C, gdy nie ma się ochoty na gadanie, tylko leży, leży i patrz. Potem przychodzi czas zwiedzania innych basenów i saun, poukrywanych sprytnie między szatniami, można krążyć do woli, można zajrzeć do secesyjnego baru, zdecydować się na masaż… Uprzedzam lojalnie – w weekendy trafimy na międzynarodowy tłum innych kuracjuszy – co także można uznać z atrakcyjna odmianę. Spokojnie i sanatoryjnie jest na początku tygodnia w godzinach porannych i wtedy relaksujemy się w towarzystwie cudownych, starszych pań.

W Gellért Gyógyfürdő jest elegancko, filmowo i … estetycznie (nie mylić z pedantycznie. Nie ma… pedantycznych term!!!)

Kąpielisko Rudas Fürdő

Owszem, mam słabość to łaźni tureckich. Tę Turcy wybudowali w XV i, proszę sobie wyobrazić, (choć najlepiej – doświadczyć na sobie!) od tamtego czasu pozostała niemalże w tym samym stanie. Została po prostu dobrze pomyślana. Jak każda porządna turecka łaźnie ma kopułą (tu o średnicy 10 m) pod nią 8 kolumn, po środku ośmiokątny basen. Podróżnicy w czasie – poczują się dobrze. Woda jest lekko radioaktywna, zawiera wapń, magnez, dwutlenek węgla, związki siarki i fluoru. Leczy się tu choroby układów ruchowego i trawiennego oraz choroby nerek i woreczka żółciowego.

Po turecka część łaźni zachowała się w prawie nienaruszonym stanie i stanowi jej zasadniczą część. Trzy główne źródła zasilające łaźnię to: Juventus, Attila i Hungária. Kąpiele w Rudas są szczególnie wskazane w przypadku zwyrodnień kręgosłupa, chorób stawów i mięśni, dolegliwości gastrycznych, kamieni i chorób o podłożu nerwowym. Ta nerwowość z pewnością ustąpi po nocnych kąpielach, są tu bowiem możliwe i takie towarzyskie opcje.

Jeśli jednak płeć piękna trafi na dzień przynależny płci brzydkiej (tu w tym sezonie są to wtorki) – to trzeba będzie się zadowolić nowoczesna strefą SPA, która ma urok strefy SPA, wielobasenowej (z oknem wychodzącym na Dunaj, a to miłe), oraz wielosaunowej. Znajduje się tu też jacuzzi na samym dachu, stąd można podziwiać Dunaj w całej okazałości. To jest boski widok i świetne uczucie.

Kąpielisko Kiraly

To naj – najstarsze kąpielisko w Budapeszcie, zapewniające powiew orientu, ale nie zapewniająca wrażenia sterylności. Budynek wrośnięty jest głęboko w ziemię, porośnięty mchem i pleśnią, jak na szesnastowieczny przybytek przystało.  

Zabytkowe kąpielisko zbudowali Turcy, wodę doprowadzili z okolic kąpieliska Lukacs, myśląc o kąpielach podczas ewentualnego oblężenia miasta. Tacy byli… zdeterminowani. Łaźnia zachowała się w dobrym stanie oryginalnym, można tu zażyć relaksu w czterech, kameralnych basenach termalnych, są lecznicze masaże i sauny. Woda z Kiraly posiada korzystne działanie na układ ruchu temperatura wody to 26, 32, 36 i 40°, no i nie ma pływalni. Wejście jest o połowę tańsze od wejściówki do Gellert, lecz jeśli trafimy na tłum, to świetna akustyka podkopułowa tego miejsca, może sprawić, że poczujemy się jak na dworcu. Dobra rada: jeśli zanurzymy głowę w wodzie, razem z uszami – nic, absolutnie nic nam nie przeszkodzi w relaksie.

W budynku znajduje się również nieduże, wewnętrzne podwóreczko, z ławeczkami i drzewami, na którego środku stoi sobie jacuzzi z wodą termalną, rzecz jasna. Dla wielbicieli orientu dobra informacja jest taka, że Budapeszt posiada cztery kąpieliska po tureckie: Rudas, Rac, Kiraly, Csaszar. A po więcej tego typu atrakcji należy pojechać do Stambułu, o czym więcej… innym razem (a z Budapesztu do Stambułu można znaleźć lot za 220 zł :) ).

Kąpielisko Lukacs

Nazywane jest „kąpieliskiem intelektualistów”, nie żebym się snobowała, ale prawdą jest iż układ basenów sprzyja spędzaniu czasu na rozmowie (nie ma też charakterystycznego dla tureckich łaźni pogłosu). Lukacs kilkadziesiąt lat temu było popularne wśród pisarzy, ludzi sztuki i nauki. Teraz ludziom będącym w termalnej potrzebie proponuje 7 basenów oraz jeziorko błotne.

Pierwszą łaźnię w tym miejscu zbudowali joannici, a było to w XII wieku. W czasach tureckich woda źródlana napędzała młyn, w którym mielono proch strzelniczy, resztę wody odsyłano do Király Fürdő, w 1884 r. wzniesiono łaźnie w stylu secesyjnym i zamontowano wanny z leczniczym błotem, oraz pływanie. Kompleks był niezwykle popularny, także z powodu rozmaitych, prozdrowotnych usług.

Gdyby jednak kuracjusz nie szukał aż tak dosłownego uzdrowienia, może skorzystać z usług znanych jako Bath Party. Muzyczne imprezy basenowe są specyficzne, acz wyjątkowe, dlatego terminy, ceny i miejdca radzę znaleźć tu www.bathsbudapest.com.

Kuracjuszom radzę też wzmóc logistyczną uważność, gdyż przeważnie stare łazienne budynki były modernizowane etapami i w dawnych czasach, więc nierzadko znalezienie szatni, a potem mniejszych basenów, i jeszcze wszystkich saun nie zawsze okazuje się proste. Dobra rada: należy wypytywać obsługę, iść za ruchem ręki i nie dać się zbyć. Przy najmniejszej wątpliwości zaś wracać do szatni, albo… włączyć gen odkrywcy.

Do term z dzieckiem? – Kiraly i Rudas poleca od lat 14, gdyż działanie wody może być zbyt silne dla mniejszych dzieci.

W większości kąpielisk można wypożyczyć ręcznik, strój kąpielowy, czy czepek (jeśli nam będzie potrzebny), jednak dobrze i miło jest mieć pod ręką własny ręcznik i strój. Warto zajrzeć na anglojęzyczną stronę Budapeszteńskiej Dyrekcji Kąpielisk Termalnych i Leczniczych (www.budapestgyogyfurdoi.hu), gdzie są informacje o godzinach otwarcia, cenach wszystkich najważniejszych kąpielisk w Budapeszcie.

Budapeszt Cart gwarantuje wprawdzie zniżki, dobrze jest jednak przeliczyć sobie czy podczas krótkiego pobytu w mieście rzeczywiście nam się wydatek opłaci. Międzynarodowa legitymacja studencka – się przydaje.

PS. Jeśli kuracjusz zdecydował się zabawić w mieście dłużej to dodam, że najpopularniejszym i także przepięknym kąpieliskiem termalnym (bo już z metra wysiada się w samym sercu parku, na wprost pseudobarokowego gmachu) jest Széchenyi Gyógyfürdő és Uszoda. Kąpielisko Széchenyiego korzysta z najcieplejszych źródeł termalnych w Budapeszcie, o temperaturze wody przekraczającej 75 stopni Celsjusza. Basenów jest tu aż 15. Polecam również Kąpielisko Palatinus, ulokowane na Wyspie Małgorzaty, są też inne mniej słynne i dużo mniej spektakularne miejsca, w których wizytę możemy sobie zaplanować przy okazji kolejnej, niezbędnej budapeszteńskiej kuracji.

Na którekolwiek termy trzeba sobie zarezerwować najmniej 3 godziny. Bilety mają tu wprawdzie całodzienne, lecz wejść można tylko raz. Na raty się nie da. Zakładając jednak, że nasz czas nie jest z gumy, pod owym co najmniej trzygodzinnym czasie relaksu witamy porę na wzmocnienie przez jedzenie.

Woda i wino (i inne przysmaki)

Skoro właściwości wody już poznaliśmy, skupimy się na właściwościach węgierskiego wina i jadła. W restauracjach wino podaje się obiadu w karafkach i dzielnie służy ono kuracji. Nie mniej warto dopytać zawczasu, co konkretnie nam proponują, na szczęście „wina lokalne” okazują się smaczne i … pożywne. Co do zapijanych winem specjałów – w Budapeszcie znajdziemy mnóstwo rozmaitych barów i jadłodajni tzw. szybkiej obsługi. Menu to kuchnia fast – międzynarodowa, czyli: hamburgery, cheesburgery i kebaby, kuchnia chińska, są także miejsca slow, czyli bary wegańskie, kuchnia indyjska i solidne jadłodajnie obiadowe. Węgrzy w tym sezonie cenią także dietę paleo (bezglutenowcy się ucieszą). W każdej prawie piekarni można trafić na chleby paleo, a jeśli nie jesteśmy na diecie to langosze, czyli placek lángos (rodzaj pampucha wprost z głębokiego oleju z wybranym dodatkiem) – koszt to około 300-350 HUF. Kanapka na ulicy od ok. 500 HUF do 1000, drugie danie w barze z chińszczyzną tyleż samo, a obiad (w porze lunchu) w miłym nie najdroższym miejscu to ok. 1500 HUF (nawet na Starówce w Budapeszcie tak się zdarza). Wchodząc do restauracji można zawczasu zapoznać się z menu wywieszonym na widocznym miejscu i ocenić siły na zamiary. Dobrze i rozsądnie jest postawić na „zestaw dnia”, składający się z trzech tradycyjnych potraw, zawsze w dobrej cenie.

W centrum Budapesztu znajduje się dużo dość drogich restauracji, ale nawet tam obiad w porze lunchu to wydatek ok. 25 zł – 30 zł (z winem w trakcie i ew. kawą po). Tańsze, sympatyczne miejsca trzeba wypatrzeć, ale nie ma z tym większego problemu. Wybór przeogromny. Jedzenie – smaczne. Po obiedzie można zaserwować spacer, aby zaś kuracjusz sobie nie odpuszczał dłuższy spacer powinien być satysfakcjonujący.

Wzgórze Gellerta – tajemnice, spacery i źródła

Po termach i po obiedzie można rozpocząć prawdziwą przygodę ze zwiedzaniem miasta. Gdy już oderwiemy oczy od fal Dunaju, na pewno zawiesimy wzrok na mostach, a potem zwrócimy uwagę na część miasta zwaną Budą, gdzie wznosi się Wzgórze Gelerta. Już od IV w. p.n.e. na szczycie i południowych stokach góry istniała celtycka osada warowna, zasiedlona przez lud Erawisków. A ponieważ Celtowie nie mieszkali w byle jakich miejscach założyć można, że góra jest to niezwykła. Warto wspiąć się na wzgórze zachwycić panoramą miasta, a nawet dojść do Zamku (dłuższa wyprawa) i podziwiać, podziwiać, podziwiać!

Wyprawę można zacząć od przespacerowania się przez most łańcuchowy (lánchid) wyjątkowo majestatyczny, pierwsze, stałe połączenie Budy i Pesztu. Most w 1945 r. został zaminowany, zresztą jak wszystkie mosty w Budapeszcie. Jego rekonstrukcja była jednak ważniejszym powojennym przedsięwzięciem i dlatego wdrapując się na wzgórze –można podziwiać most w pełnej krasie.

Wzgórze zostało nazwane na cześć biskupa Gellerta, który właśnie tutaj miał zostać zamordowany przez pogan (ponoć zrzucono go ze szczytu w drewnianej beczce). Fakt ten nie został potwierdzony przez historyków, to dość ponura legenda miejska, ale góra długo cieszyła się złą opinią jako miejsce nie tylko pogańskich sądów, ale i spotkań czarownic, zaś po wiekach średnich zasłynęła z powodu przestępczości. W tej okolicy mieściły się bowiem biedne dzielnice. Aktualnie jest to miejsce atrakcyjne bezpieczne, na wzgórze prowadzą liczne romantyczne alejki parkowe. Na samym szczycie znajduje się Pomnik Wolności wzniesiony 1947, a od strony rzeki, w pieczarze wzgórza, mieści się mała kapliczka z polskim, religijnym akcentem.

Gdyby komuś jednak nie wystarczyło sił i chęci, a chciałby Budapeszt zwiedzić – pozostaje wycieczka autobusową typu hop and go. Nie jest to tania przyjemność, ale opcja wygodna. W ciągu dwóch dni robiąc wspomniane hop można się zorientować we wspaniałościach budapeszteńskich. A operatorów tego typu wycieczek jest wielu, wszyscy – w centrum miasta (budapestcitytour.pl).

Na deser – Szimpla Kert

W Budapeszcie świetnie funkcjonują puby zorganizowane w Ruiach. Z angielska ruin pub – są szalone, piękne i bardzo popularne. Zimą też 😉 Pomysł na taki oryginalny przybytek pojawił się w 2002 roku, potem były przymiarki lokalowe, a dwa lata później Szimpla Kert ulokowano tu, gdzie jest obecnie.  VII  Dzielnica przyciąga coraz więcej turystów, są tu ciekawe, domy, stare opuszczone budynki mieszkalne, fabryczne. Pożywek dla twórczej wyobraźni (I ciekawych zdjęć) > właściciele pierwszego słynnego run pubu organizują też różne wydarzenia, są tu koncerty, spotkania, ekologiczny ryneczek Szimpla Farmers’ Market  (tylko w niedzielę rano), podczas którego lokalni wytwórcy oferują smakołyki różnego rodzaju. Od zieleniny, miodu, po ręcznie robione kosmetyki. Funkcjonuje tu także  Szimpla Bringa bicycle flea market (pchli targ rowerowy) ogląda się filmy, wystawy, pojawia się biblioteka (Kazinczy Living Library). Gdyby ktoś miał jakiś pomysł – można porozmawiać, zaproponować i spodziewać się, że im bardziej będzie szalony, tym bardziej ich zainteresuje.

Informacja finansowa – dobrze jest przywieźć z Polski Forinty (nasze kantory mają mało forintów, ale można znaleźć), płacenie kartą jest bezpieczne i powszechne, a przelicznik – dobry. Postawiłam ostatnio na tę opcję, wszędzie gdzie wydało mi się do bezproblemowe i było naprawdę wygodniejsze, niż,uwaga należy preferować banki, bo w kantorach jest drożej, a najmniej korzystne kursy oferują miejsca popularne wśród turystów (np. na Starówce lub na Váci utca).

Zimowe imprezy można zlustrować na www.szimpla.hu. Miejsce jest do polubienia też na FB. 1075 Budapest, Kazinczy utca 14.+36 20 261 8669

Miłka Malzahn


1Grupa Lux Express reklamuje się jako największy międzynarodowym operatorem przewozów autokarowych na trasach ekspresowych w regionie Morza Bałtyckiego (i dalej)

2www.filmweb.pl

Jedna odpowiedź na "Kuracjusz w Budapeszcie"

Dodaj komentarz
  1. Pingback: nawet kiedy nie muszę, lubię być kuracjuszem! - Miłka Malzahn

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *