By, by Finland

Pomysł na ciekawe aktywne wakacje w Finalndii dzięki Akademii plus 50 zrealizowałam już po raz drugi. I na pewno pojadę tam za rok, jeśli tylko zorganizowany zostanie letni kurs języka angielskiego w Huitinnen. Angielski to nie jedyny powód mojego zachwytu. Kilka razy dziennie pływałam w rzece, spacerowałam od kilku do kilkunastu km dziennie, korzystałam intensywnie z uroków fińskiej sauny oraz zwiedzałam Turku – po raz pierwszy i Helsinki – po raz drugi.

Grupa 28 osób z Białegostoku, ale też Warszawy i Bielska Podlaskiego, wyruszyła w podróż autokarem w nocy z 5 na 6 sierpnia. Było sporo członków Akademii plus 50, ale też inne osoby, w tym na przykład para 22-latków, dzięki którym aktywnie realizowaliśmy europejski postulat integracji międzypokoleniowej. Nasza trasa wiodła przez Litwę, Łotwę i Estonię aż do Tallina, w którym przesiedliśmy się na prom będący dla nas nie tylko środkiem transportu, ale też specyficznym hotelem, w którym spędziliśmy noc. Nad ranem wysiedliśmy w Helsinkach. Tam kolejnym autokarem dotarliśmy do celu.

Piękny, jasnożółty, drewniany pałac, bo chyba tak należałoby określić siedzibę szkoły języka angielskiego w Finlandii, otoczony kwiatami i zadbanym trawnikiem przyciągał wzrok już z daleka. Cały ośrodek z budynkami wygodnych akademików, boisk sportowych, stołówki i pomieszczeń gospodarczych położony jest malowniczo na wzgórzu, skąd schodząc w dół trafimy nad rzekę. Rzeka w pewnym miejscu przypominała potok górski, woda bulgotała i uderzała o duże wystające kamienie. W innym miejscu rzeka tworzyła rodzaj zatoki, wielkości małego jeziora lub stawu i to właśnie okazało się idealnym miejscem do pływania. Była nas trójka zaciętych pływaków: Waldek, Danusia i ja. Rozpoczynaliśmy pływanie przed śniadaniem, potem kąpaliśmy się po lekcjach, po południu i czasami wieczorem, kiedy była sauna – wtedy potrafiliśmy kąpać się dodatkowo ze trzy, a nawet cztery razy. Do pływania dołączały wtedy Grażyna, Małgosia oraz Iwonka.

Podczas lekcji angielskiego podzielono nas na dwie grupy – zaawansowaną i początkującą, w której nauczycielami byli odpowiednio Evan z RPA, od wielu lat nauczyciel w tej szkole oraz Amerykanin Grant, nowy nauczyciel w Huitinnen, który na grupie z Polski przechodził swój pierwszy dydaktyczny test i widać było jak bardzo to przeżywa.

Byłam w grupie zaawansowanej, w której poziom nieustannie zawyżali Andrzej i Paweł ale można powiedzieć, że z pożytkiem dla ciut słabszych. Na szczęście Evan, miał tak piękną dykcję i wyczucie komunikacyjne, że dostrzegał słabsze momenty zrozumienia tematu rozmowy u innych. Evan miał brytyjski akcent, Grant amerykański, więc też wielokrotnie okazja do porównań a także swoistej, życzliwej rywalizacji między profesorami.

Lekcje angielskiego trwały 5 godzin dziennie. Nauczyciele spotykali się ze „studentami”, jak na nas mówili nie tylko podczas lekcji, ale bardzo często również wieczorem podczas luźniejszych spotkań. Bawili się z nami w gry, oglądali mecze z olimpiady w RIO – kibicując oczywiście Polsce, była okazja do kuluarowych rozmów, oczywiście po angielsku. Paweł z Ulą nasi młodzi koledzy z grupy organizowali dla całej grupy pokazy siatkówki oraz świetny pokaz filmu „Forrest Gump” z napisami w wersji angielskiej. Był to świetne wydarzenie bardzo integrujące wszystkich uczestników wyjazdu oraz nauczycieli.

Specyfika naszych lekcji i żartobliwe podziękowania naszych profesorów została przekazana w specjalnie, rękodzielniczo wykonanych laurkach od dwóch grup. Tekst dowcipnie i zgrabnie ułożył Paweł a ja z Ulą zajęłyśmy się rękodziełem. Każdy ze studentów otrzymał certyfikat ukończenia kursu.

Nie sposób nie wspomnieć o turniejach brydża, jakie rozgrywały się kilka razy w świetlicy a raczej kuchni akademika numer jeden. Grali w jednej parze Ela i Grzegorz, a w drugiej Grażyna i ja a potem swoich sił zaczął też z powodzeniem próbować Paweł – pod „mentorskim” okiem Grzegorza. To była niespodziewana wartość dodana tego wyjazdu, bo wszyscy dawno nie grali w brydża. Dodatkową atrakcją były turnieje gry w kości.

Inna ważną aktywnością były spacery, oczywiście ci, którzy tego nie lubili spędzali wolny czas po południu bardziej stacjonarnie. Jedni spacerowali po lesie, zajadając się malinami i jagodami (Danusia nazbierała nawet dużo borówek) i poznając okolicę oraz zwiedzając miasteczko. Inni chodzili do sklepów, robili zakupy, kupując sukienki, bluzki itp. Według zasady co kto lubi. Małgosia z Andrzejem na przykład opracowali własne trasy wycieczkowe i jeździli sami autobusem do miast i miasteczek w okolicy.

Jedzenie w Huitinnen było świetne, wszyscy chwalili proste, świeże dania i czasami zaskakujące połączenia. Czy jedliście kiedykolwiek zieloną sałatę z arbuzem pokrojonym w drobną kostkę? Spróbujcie. Albo „Salmon Soup” zupę z łososia i ogromną ilością koperku i ziemniaków? Też świetna potrawa, traktowana w Finalndii wcale nie jak pierwsze danie a danie główne. Wegetarianie, do których należę, czuli się tam szczególnie dopieszczeni, świeże, świetnie przyprawione i zestawione warzywne dania każdorazowo wzbudzały nasz zachwyt.

Wycieczka do Truku była bardzo ciekawa. To miasto w południowo-zachodniej Finlandii, u ujścia rzeki Aurajoki. Nazwa Turku pochodzi od starosłowiańskiego słowa „tǔrgǔ” oznaczającego „rynek, targ”. Turku to najstarsze miasto fińskie; prawa miejskie uzyskał w XII wieku. Stolica Finlandii do 1812. Słynie z Uniwersytetu założonego w 1640 roku (moja córka była tam 6 lat temu na wymianie studenckiej w ramach Erasmusa).

Zwiedziliśmy zamek i katedrę, w której akurat trafiliśmy na ślub. W małej grupie zwiedziłyśmy Muzeum Marynistyczne, a właściwie tylko jego część ze stacjonarną wystawą, na zwiedzanie całego Muzeum trzeba sobie zarezerwować co najmniej 3 godziny. Droga do muzeum wiodła malowniczym bulwarem z ławeczkami, kawiarenkami z koncertami na żywo, trollami zaklętymi w rzeźby z brązu i pięknym kamienicami, trochę w secesyjnym stylu. Mijaliśmy co chwila biegaczy, widzieliśmy pływaków, bo akurat wtedy odbywał się w Turku znany triatlon. Oczywiście kibicowaliśmy zawodnikom. To nic, że w jedną stronę trasa miała 3,5 km; po Huitinnen byliśmy już zaprawieni w spacerach.

O historii Turku dowiedziliśmy się najwięcej zwiedzając zamek.

Tereny dzisiejszego Turku zamieszkane były już w okresie epoki brązu. W VIII-X w. był ważną osadą handlową i stolicą księstwa Varsinais-Suomi. Źródła historyczne wymieniają je w kontekście prób podboju i chrystianizacji kraju przez Eryka IX w. W 1154 wysłano tam angielskiego biskupa Henryka, który popadł w konflikt z miejscowym bogatym rolnikiem i został przez niego zabity. Najlepszym dla Turku był wiek XVI. Nie zagrażały mu żadne najazdy i miasto rozwijało się. W latach 1558-1563, gdy księciem Finlandii był Jan III (po fińsku Juhana Herttua), mąż Katarzyny Jagiellonki (Katariina Jagellonica), próbowano oddzielić się od Szwecji. Przez kilka lat Szwedzi oblegali zamek Turunlinna, a po zdobyciu, usunęli z urzędu Jana III. Następne lata dla miasta były znacznie gorsze. Pod koniec XVI w. wojny spowolniły rozwój Turku. (źródło: wikipedia.pl)

W 1827 roku wielki pożar strawił dużą część miasta. Po pożarze budowano, w miejsce dotychczasowej zabudowy drewnianej, klasycystyczne budynki. Naprawdę warto tam pojechać.

W Helsinkach, które zwiedziłam w ubiegłym roku, najbardziej chciałam trafić do pięknej cerkwi położonej na skale i górującej nad Helsinkami oraz do współczesnego kościoła w skale wybudowanego w latach 60-tych XX wieku, o którym z zapałem od ubiegłego roku opowiadała nam Grażyna. Dzięki turystycznej mapie i spacerowi grupa pięciu osób dotarła do tego kościoła i wróciła na miejsce zbiórki pełna wrażeń.

Czekam na przyszły rok i kolejne spotkanie z Finlandią. By, by Finland!

4 odpowiedzi na "By, by Finland"

Dodaj komentarz
  1. LP

    1 września 2016 at 16:11

    Tak, warto uczestniczyć w takich wyjazdach.Byłam tam w ubiegłym roku. Oprócz uczenia się języka angielskiego, można poznać ciekawe miejsca w Finlandii.W ubiegłym roku byliśmy w
    Ramie, mieście wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa Narodowego. Zapiera, też,dech soczysta zieleń kraju. W tym czasie w Polsce był niesamowity skwar, tam mieliśmy wytchnienie.
    Żałuję, że w tym roku nie mogłam pojechać.
    Myślę, że wybiorę się tam w przyszłym roku. Dziękuję za przywołanie wspomnień.Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Bożena Bednarek

      1 września 2016 at 19:14

      Pamiętam Lilu wycieczkę do Raumy i tych cudownych koronek nie mogę zapomnieć po dziś dzień:)

      Odpowiedz
  2. Siódemka

    3 września 2016 at 12:23

    Bardzo dziękuję Bożenko za spotkanie z Finlandią.
    Ubiegłoroczny pobyt w Huitinnen wspominam z rozrzewnieniem, było cudnie.
    Piękne miejsce, fajni ludzie, dobra energia.
    Mam tylko nadzieję, że brakowało Ci porannych, wspólnych ćwiczeń qi gong.

    Odpowiedz
  3. Anna Skorko

    5 września 2016 at 16:13

    Ostrzegałam Was, że w Finlandii można się zakochać „na zabój”. Ja się z tej miłości nawet nie chcę leczyć, a trwa już 20 lat.
    Witam w klubie :)

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *